

"Głos" nr 1
17 marca 2001
Dwa pytania do prof. Ryszarda Bendera
Sąd Lustracyjny uwolnił od podejrzeń o kłamstwo
lustracyjne byłego ministra spraw wewnętrznych w rządzie Jerzego Buzka i
wicepremiera Janusza Tomaszewskiego. Tenże sąd uwolnił ostatnio od posądzeń o
współpracę ze służbą bezpieczeństwa i informacją wojskową szereg innych
prominentnych postaci polskiego życia politycznego.
Skoro Sąd Lustracyjny tak wiele orzeczeń uniewinniających
wydał, to jawi się pytanie, czy cała akcja lustracyjna ma w tych warunkach sens?
Takie pytania ludzie coraz częściej sobie stawiają. Część osób uważa, iż jest to
rozgrywana na arenie politycznej zabawa w kotka i myszkę. Uwolniony został od
podejrzeń, przez sąd pierwszej instancji, Janusz Tomaszewski. Wcześniej ten sam
sąd zaprzeczył związkom ze służbą bezpieczeństwa premiera Jerzego Buźka, Lecha
Wałęsy, posła Krzysztofa Kamińskiego i paru innych parlamentarzystów z AWS.
Ostatnio stwierdzono, że oświadczenia lustracyjne, zgodnie z prawdą, złożył
Michał Kulesza "zasłużony" w przeprowadzaniu reformy administracyjnej w kraju,
zarówno za czasów Edwarda Gierka, jak i premiera Jerzego Buźka. Jego odejście z
rządu, wieść gminna tłumaczyła komplikacjami lustracyjnymi. Prawdziwe
oświadczenie złożył, według sądowego orzeczenia, podejrzewany o współprace z
organami bezpieczeństwa PRL, były premier Włodzimierz Cimoszewicz oraz były
minister sprawiedliwości Jerzy Jaskiernia. Jest rzeczą przerażającą, że Sąd
Lustracyjny większą wagę przywiązuje do zeznań świadków, funkcjonariuszy służb
bezpieczeństwa, niż zachowanych szczątkowo nawet dokumentów, dotyczących
powiązań agenturalnych. Co więcej, Sąd Lustracyjny daje wiarę zmienianym co
chwilę zeznaniom ubeków, którzy wycofują informacje wcześniejsze, obciążające
lustrowanych. Dlaczego sąd nie dostrzega kłamstwa w pokrętnych oświadczeniach
byłych ubeckich funkcjonariuszy? Z jakiej racji sąd daje wiarę katom ofiar,
wciągniętych do współpracy, kreowanych przez nich na tajnych współpracowników,
czemu oni obecnie ze zrozumiałych względów zaprzeczają? Gdzież są winni?
Dlaczego nie wszyscy podejrzani, znani chociażby z listy Macierewicza i
Milczanowskiego są lustrowani? Czy wszyscy oni będą przez Sąd Lustracyjny
uwolnieni od podejrzeń? Kiedy i dlaczego? O tym wszystkim się milczy. A Bogusław
Nizieński, Rzecznik Interesu Publicznego stale oświadcza, że agentów bezpieki,
tajnych jej współpracowników, zwłaszcza w parlamencie, jest zatrzęsienie.
W mediach nie ustaje kampania przerzucania na Polaków
całej odpowiedzialności za mord dokonany 10 lipca 1941 r. na ludności żydowskiej
w Jedwabnem. Czy ze strony żydowskiej słychać glosy rozsądku, dostrzegające
sprawczą rolę Niemców we wspomnianych. zajściach w Jedwabnem?
Na szczęście, chociaż sporadycznie, już się one pojawiają.
Pozwalają one pełniej dostrzec fantasmagorie zawarte w książce J. T. Grossa
"Sąsiedzi", służącej nie czemu innemu jak tylko podsycaniu antagonizmu między
społecznością polską i żydowską. Te głosy rozsądku wskazują także na rażące
sprzeczności zawarte w publikacji Grossa.
W "Rzeczpospolitej" z 10-11 marca br. w relacji pochodzącego
z Jedwabnego, zamieszkałego w Nowym Jorku rabina Jacoba Bakera czytamy, że w
Jedwabnem Polacy bardzo szanowali miejscowego rabina, Avigdora Białostockiego.
Pisze Baker: "Polscy księża się z nim przyjaźnili, chodzili z nim na spacery,
dyskutowali o religii". Baker wspomina niewątpliwie obu ówczesnych księży z
Jedwabnego, w pierwszej kolejności miejscowego proboszcza od 1931 r., ks.
Mariana Szumowskiego, łączonego ze Stronnictwem Narodowym oraz wikarego ks.
Józefa Kemblińskiego. Pierwszy z nich, podczas okupacji sowieckiej
współorganizował polski oddział partyzancki, walczący z bolszewikami.
Aresztowano go po rozbiciu oddziału 23.06.1940 r., w następstwie denuncjacji
dokonanej przez polskich i żydowskich komunistycznych kolaborantów z Jedwabnego.
Administrowanie parafią w Jedwabnem przejął wówczas wikary, ks. Józef Kembliński.
On, według opinii części ówczesnych mieszkańców Jedwabnego, ukrywał jakichś
Żydów po wspomnianym mordzie i patronował tym, którzy w Jedwabnem oraz okolicy
ratowali Żydów przed Niemcami.
W połowie stycznia 1945 r. tzw. wyzwolenie przez armię
sowiecką, które okazało się zniewoleniem Polski na długie lata, zastało mnie z
rodziną w Jedwabnem. Przybyliśmy tam z początkiem listopada 1944 r. po tułaczce
przyfrontowej w okolicznych wsiach: Rogienice, Srebrowo, Nieławice, Mrówki i
paru innych. Po nocnej kanonadzie artyleryjskiej ze strony sowieckiej, która
zmiotła dach domu w którym mieszkaliśmy, rano przy rynku pojawiły się sowieckie
wozy pancerne i parę aut wojskowych. Jako 12-letni chłopak wymknąłem się o
brzasku z mieszkania, by zobaczyć co się dzieje w mieście. Dostrzegłem na rynku,
w pobliżu kościoła, że ks. Kembliński znajduje się wśród jakichś ludzi
towarzyszącym rosyjskim żołnierzom. Sądziłem, że "ksiądz" jest z Polakami
aresztowanymi przez Rosjan. Później rozeszły się pogłoski, że to byli Żydzi
ukrywani w mieście i podobno na plebanii. W obawie, że mogą wrócić do Jedwabnego
Niemcy, zostali oni przekazani Rosjanom, by ci nimi się zajęli, zaopiekowali,
przeprowadzili przez linię frontu. Tak zaowocowała w Jedwabnem, wspomniana przez
Jacoba Bakera, przedwojenna przyjaźń istniejąca wówczas między miejscowym
duchowieństwem katolickim i rabinem Jedwabnego.