
1998
"Czas" nr 7, 1998
Stan po umorzeniu
Bender kontra Urban (0:2)
Profesor Ryszard Bender nie
przerywa starań mających na celu pokonanie w sądzie red. Jerzego Urbana. Jak
dotąd, górą jest ten ostatni.
PROKURATURA Wojewódzka w Warszawie
umorzyła niedawno postępowanie w sprawie nagłówka: "Witamy Breżniewa Watykanu",
wydrukowanego w tygodniku "NIE" w przeddzień wizyty papieża. Wspomniane
postępowanie zostało wszczęte na skutek "doniesienia o przestępstwie" złożonego
przez prof. Bendera. Ponieważ prokuratura nie dopatrzyła się przestępstwa,
profesor pragnie, ażeby wypowiedziała się pani minister sprawiedliwości Hanna
Suchocka. Warto ją do tego zmusić - mówi Ryszard Bender.
KORZENIE KONFLIKTU
Spór o antypapieski nagłówek
widzieć należy w kontekście innej sprawy, ciągnącej się już sześć lat. W
kwietniu 1992 roku, w telewizyjnym programie "Dekomunizacja po polsku", Ryszard
Bender użył frazy: "ten Goebbels okresu stanu wojennego, pan Jerzy Urban". Były
rzecznik rządu PRL poczuł się dotknięty, wobec czego złożył cywilne powództwo o
naruszenie dóbr osobistych, czyli w tym przypadku - o naruszenie czci. Skarga
uruchomiła długotrwałe postępowanie, w ciągu którego lubelskie sądy wydały razem
cztery wyroki. Po pierwszym z nich triumfatorem był prof. Bender. Sąd Wojewódzki
uznał, że zestawienie z Goebbelsem dotyczyło jedynie metod propagandy
stosowanych przez p. Urbana w okresie stanu wojennego; nie obejmowało zatem
całokształtu działalności Goebbelsa, czy też jego osobistych cech charakteru. Na
tej podstawie Sąd uznał, że do naruszenia czci nie doszło. Innego zdania był Sąd
Apelacyjny, który uchylił wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania.
Sędziowie orzekający w drugiej instancji uznali, że "postać Goebbelsa była na
tyle odrażająca, że porównanie do niej kogokolwiek, nawet osoby kontrowersyjnej
czy - w świetle poczynionych ustaleń - nie zasługującej wręcz na szacunek, (...)
może być traktowane jako uwłaczające czci."
Spór trafił zatem na powrót do Sądu
Wojewódzkiego, który - poinstruowany jak wyżej - nakazał Benderowi złożenie
przepraszającego oświadczenia w I programie TVP, w godzinach największej
oglądalności. Po kolejnym odwołaniu - tym razem ze strony prof. Bendera - Sąd
Apelacyjny złagodził nieco wyrok, ale podtrzymał ustalenie, że porównanie do
Goebbelsa było niedopuszczalne. Złagodzenie polegało na tym, że darowano
pozwanemu - jako zbyt drogie - przepraszanie na falach TVP; zamiast tego
polecono mu złożenie odpowiedniego oświadczenia w "Rzeczpospolitej". W ostatnim
z wymienionych wyroków, Sąd podtrzymał kontrowersyjną tezę, że dr Goebbels znany
jest przede wszystkim jako zbrodniarz wojenny, a nie jako propagandzista.
Ponieważ autor telewizyjnej wypowiedzi nie sprecyzował płaszczyzny porównania,
Sąd uznał że p. Urban został niesłusznie ustawiony na jednym poziomie ze
zbrodniarzem. Prof. Bender - nie mogąc się z tym werdyktem pogodzić - złożył
wniosek kasacyjny, który czeka na rozpatrzenie przez SN.
PRÓBA REWANŻU
W międzyczasie tygodnik "NIE"
zamieścił wzmiankowany już nagłówek o "Breżniewie Watykanu", co skłoniło Bendera
do złożenia - na ręce ówczesnego Prokuratora Generalnego, Leszka Kubickiego -
zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przez redaktora i wydawcę pisma. Ten
ostatni zareagował felietonem, w którym znalazł się passus, że "Ryszard Bender
właśnie przegrał proces o znieważenie Urbana. Prokuratura więc musi się
przygotować na liczne, podobne, jego skargi odwetowe. Tym bardziej, że są
darmowe". Zapytany przeze mnie profesor Bender zdecydowanie odrzucił podobną
interpretację. Uważa on, że obie sprawy dotyczą różnych materii i nie mają ze
sobą nic wspólnego. Zawiadomienie o przestępstwie było zaś skutkiem przekonania,
że dostojny gość nie może być obrażany w sposób, jakiego dopuścił się p. Urban.
Pytam zatem, skąd wynika dystans między publikacją "NIE", a datą złożenia
doniesienia do prokuratury.
Czekałem - replikuje profesor - na
wcześniejszą reakcję prezydenta - którego gościem był Ojciec Święty - lub
hierarchów Kościoła. Kiedy tej reakcji nie doczekałem się, wystąpiłem do organów
ścigania.
Niezależnie od motywów złożenia
wniosku, profesor otrzymał w połowie lipca 1997 r. pismo z Prokuratury Krajowej
(instytucja mieszcząca się w ramach Ministerstwa Sprawiedliwości), w którym
informowano go, że po złożonym przezeń zawiadomieniu - rozpoczęło się formalne
śledztwo. To samo śledztwo zostało równie formalnie umorzone pod koniec
listopada. Pani Violetta Sienkowska z Prokuratury Wojewódzkiej w Warszawie
uznała, że nagłówek zamieszczony w "NIE" pozbawiony jest "ustawowych znamion
czynu zabronionego". Nie godząc się z tą decyzją Ryszard Bender wystosował
kolejne pismo - tym razem do pani minister Suchockiej - w którym domaga się
kontynuowania postępowania prokuratorskiego. Zarzuca ponadto prokurator
Sienkowskiej, że umarzając postępowanie - nie poinformowała go o możliwości
zażalenia. Zapytana o to pani prokurator odparła, że prawo do zażalenia
przysługuje tylko stronom postępowania, tj. pokrzywdzonemu i podejrzanemu.
Stwierdziła ponadto, że informacja wysłana profesorowi była zgodna z wewnętrznym
regulaminem prokuratury.
KRÓTKIE WNIOSKI
Można się domyślać, że praktyczne
efekty pisma Ryszarda Bendera do pani minister Suchockiej będą niewielkie, a w
każdym razie nie ostudzą gniewu wielu katolików, uważających że tygodnik "NIE"
jest bezkarny. Na poparcie ich poglądu można byłoby przytoczyć obserwację, że
postępowanie prokuratury sankcjonuje sytuację, w której porównanie p. Urbana do
Goebbelsa jest bezprawne, zaś nazwanie Ojca Świętego "Breżniewem" - uchodzi bez
konsekwencji. Paradoks bierze się jednak stąd, że w "sprawie o Goebbelsa" p.
Urban osobiście wystąpił do sądu z pozwem cywilnym, zaś Jan Paweł ll - ze
względów oczywistych - tego nie uczyni.
Dodajmy jeszcze, że skutkiem wyroku
sądu cywilnego, stwierdzającego naruszenie czci, może być tylko obowiązek
przeproszenia pokrzywdzonego i - tylko wyjątkowo - zadośćuczynienie pieniężne.
Tymczasem prokuratura nie ma prawa domagać się podobnych sankcji; może jedynie
żądać zastosowania środków przewidzianych w kodeksie karnym. Warto zatem
zapytać, czy katolicy oburzeni zachowaniem redaktora "NIE" rzeczywiście
chcieliby go ujrzeć za kratkami (z art. 283 §3, ew. art. 181 §1)? Czy też
składają nań skargi wyłącznie dlatego, że w gruncie rzeczy wiedzą, iż cala
sprawa rozejdzie się po kościach? W tym kontekście, bierność prokuratury wydaje
się zrozumiała i nie oznacza - jakby chciał prof. Bender - przyznania racji p.
Urbanowi co do oceny Ojca Świętego.
Zwróćmy także uwagę, że kiedy
"prawicowa młodzież" rzucała jajkami w prezydenta - nie wszyscy widzieli w tym
znamiona zniewagi. Mówiono raczej o nieszkodliwych "happenerach" i "nabiałowych
terrorystach". Tymczasem uznanie wyjątkowości osoby papieża, oraz niechęć do p.
Kwaśniewskiego, nie powinny przysłaniać faktu, że obraźliwy nagłówek, czy nawet
artykuł, nie jest mniej znieważający niż urządzanie sobie z człowieka - tarczy.
Trzeba zatem pogodzić się z faktem,
że niektóre prasowe wybryki pozostaną bezkarne. Znaczenie ich będzie coraz
mniejsze wraz z upływem kolejnych lat politycznej wolności. Pan Urban pozostanie
taki sam jak dziś, ale może jego otoczenie zorientuje się wreszcie, że od
szczypania posągów - mogą rozboleć paznokcie.
PIOTR KAIM
< powrót do: publikacje