
1996
"Nasza Polska" Nr 50, 11.12.1996
Wedle naszej wiedzy Władysław Bartoszewski nie tylko nie jest profesorem, ale
nie posiada też tytułu magistra.
Kontrowersyjna nagroda
Z prof. RYSZARDEM BENDEREM, wykładowcą KUL, rozmawia Krzysztof Górski
- Dziesięciu profesorów
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wśród nich Pan, skierowało do biskupa
diecezji Essen dr. Huberta Luthe swoje wątpliwości w związku z przyznaniem
Władysławowi Bartoszewskiemu nagrody im. Heinricha Braunsa. Spowodowało to z
kolei protest przedstawicieli środowisk katolickich z kręgu "Znaku", "Więzi" i
"Tygodnika Powszechnego" oraz ataki prasowe, głównie w "Gazecie Wyborczej".
Proszę uzasadnić Panów wystąpienie: czy chodziło o nagrodę czy tylko jej
motywację?
- Chodziło o uzasadnienie nagrody,
które budziło nasze zastrzeżenia. Nie o samą nagrodę rzecz jasna. Można było
Władysławowi Bartoszewskiemu przyznać nagrodę za jego literaturę historyczną,
wspomnieniową. Jest to świadek historii i w tej dziedzinie ma dorobek. Gdyby
nagrodę otrzymał za te zasługi, nikt by nie miał zastrzeżeń. Natomiast w
uzasadnieniu decyzji o nagrodzie mowa jest o zasługach Bartoszewskiego na polu
katolickiej nauki społecznej oraz chrześcijańskiej działalności społecznej. I
otóż w tych dziedzinach jest on osobą całkowicie nie znaną.
- W swoim liście kwestionują też
Panowie naukowe kwalifikacje laureata...
- Nie tyle kwalifikacje, ile
posiadanie tytułów naukowych. Wedle naszej wiedzy Władysław Bartoszewski nie
tylko nie jest profesorem, ale nie posiada też tytułu magistra, a tym bardziej
doktora. Tak się ułożyły koleje jego losu, że nie uzyskał tych tytułów. To się
zdarza. To prawda, posiada kilka doktoratów honoris causa, podobnie jak Lech
Wałęsa. Natomiast Władysław Bartoszewski ze względu na swoje kwalifikacje był
starszym wykładowcą w katedrze historii nowożytnej KUL, którą kieruję. Był
cennym wykładowcą. Zatrudniłem go dlatego, żeby w sposób mniej sztampowy,
akademicki, przybliżał studentom historię. I byłem w pełni z niego zadowolony.
Nie zmienia to faktu, że stopni
naukowych nie posiada. Tytułowany jest profesorem albo grzecznościowo, albo
zwyczajowo, jak to się robi wobec osób prowadzących wykłady na uczelniach jako
"gościnni profesorowie".
- Dostrzega Pan zatem również
pozytywne cechy Władysława Bartoszewskiego?
- Jakżeby nie! Każdy człowiek ma
też dobre strony. Kiedy Bartoszewski został ministrem spraw zagranicznych, wiele
środków przekazu zwracało się do mnie, żebym coś powiedział. I powiedziałem
wówczas m.in. dla "Sztandaru Młodych", że człowiek ten reprezentował orientację
antykomunistyczną, niepodległościową. Potrafił też bronić przed nawałą
antypolonizmu. Wiem, że na różnych sesjach, gdzie pojawiał się problem
polsko-żydowski, potrafił on zbijać argumenty antypolskie. Uczestniczyłem z nim
m.in. w historycznej konferencji polsko-angielskiej w Oxfordzie w 1984 r. i
potem w Jerozolimie i on rzeczywiście potrafił walczyć z antypolonizmem.
Ale popełniał też poważne błędy,
jak choćby przyjęcie od ministra Kinkla medalu im. Gustawa Stresemanna. Nie
wiem, jak to wyjaśnić: czy kolekcjonerstwem nagród, czy czymkolwiek innym, ale
jest czymś zdumiewającym przyjęcie tej nagrody przez człowieka, który ma
rozeznanie lepsze niż ktokolwiek inny w sprawach niemieckich. Stresemann,
przypominam, to był polityk niemiecki, który występował przeciwko traktatowi
wersalskiemu i istnieniu Polski.
- W liście odnieśliście się
Panowie również do życia prywatnego Władysława Bartoszewskiego. Czy to
rzeczywiście byto konieczne?
- List podpisali również księża.
Oni nie powinni przymykać oka na postawę człowieka również w życiu osobistym.
Zwłaszcza jeśli chodzi o osobę, którą uznano za zasłużoną na polu
chrześcijańskiej działalności społecznej.
- Protest przedstawicieli innych
środowisk katolickich nie zawiera w zasadzie żadnej merytorycznej dyskusji z
Panów zastrzeżeniem, uznając Wasz list za szkalujący. Stwierdzają oni wręcz, że
nie będą podejmować dyskusji na takim poziomie...
- Istotnie nie odnoszą się oni do
zarzutów, nie ma mowy o stopniach naukowych. Cóż - jak się nie ma argumentów, to
używa się inwektywy. I to w stosunku do ludzi, którzy są luminarzami katolickiej
nauki społecznej, u których robili doktoraty również przedstawiciele hierarchii
kościelnej.
- Atak na łamach "Gazety
Wyborczej" był szczególnie zajadły...
- Rzeczywiście. Redaktor naczelny
Adam Michnik przyrównał mnie nawet do Jerzego Urbana. Tymczasem, podczas gdy ja
procesuję się z Urbanem, Michnik nigdy nie poważył się na to, żeby wykazać, że
"NIE" jest pismem rynsztokowym. Naczelny "Gazety Wyborczej" dopuszcza na swoich
łamach ataki na Kościół, naród. Ten człowiek dokonuje ekwilibrystyki. Mogę to
skwitować powiedzeniem, że ubrał się diabeł w ornat i ogonem na mszę dzwoni. Co
więcej, kloaczny wyraz "kurwiozum", którego Adam Michnik użył w odniesieniu do
sygnatariuszy naszego listu, a więc również wobec sześciu wybitnych duchownych
katolickich, niech odniesie raczej do siebie w myśl przysłowia: "Sądzę ciebie
według siebie". Cóż, w Polsce przedrozbiorowej takie podłości (może przodkowie
tej informacji Adamowi Michnikowi nie przekazali) odszczekiwało się pod stołem.
Redaktor Michnik powinien to uczynić jak najszybciej.
< powrót do: publikacje