
1991
"Gazeta Wyborcza" nr 56, 07.03.1991
Lewica, Bender, rzepa
Na wstępie generalne zastrzeżenie.
Podejmuję tę polemikę z niechęcią. Zachowanie Ryszarda Bendera jest bowiem
kolejnym - choć wyjątkowo czytelnym - przejawem prowadzenia walki politycznej
brudnymi, niegodnymi metodami. Polegają one przeważnie na grzebaniu bądź to w
odległej przeszłości, bądź w życiu prywatnym przeciwnika.
Decyduję się więc na nią tylko
dlatego, żeby temu, co głosi Ryszard Bender przeciwstawić fakty. I z góry
przepraszam Czytelników.
Wyznania Ryszarda Bandero o tym,
jak grzmocił - ile się dało - w system komunistyczny wraz ze Stanisławem Stommą,
przywodzą nieodparcie na myśl Brzechwową rzepę, "która chwaliła się raz przed
całym ogrodem, że jest bardzo smaczna z miodem", na co ten jej przyganił: "A ja
jestem smaczny i bez pani".
Oto bowiem mamy do czynienia ze
szczególnym przypadkiem kompletnego pomieszania pojęć. Od roku wiele osób
przeciera ze zdziwienia oczy słysząc, jakim to filarem opozycji
antykomunistycznej w Polsce jest... Ryszard Bender. Ten sam Bender, który
jeszcze w 1989 r. w wyborach do parlamentu stanął w Lublinie przeciw
"Solidarności” , za to obok min. gen. Mirosława Hermaszewskiego.
Mniej więcej od roku Ryszard Bander
wstąpił do drużyny Wałęsy. Mianowany wówczas przez Wałęsę szef Komitetu
Obywatelskiego Zdzisław Najder dokooptował go wraz z gronem mającym zrównoważyć
"lewicowe wpływy". Z grona powoli wyrosło "polskie piekło”, czy jak kto woli
"wojna na górze", co doprowadziło nas do tego, co aktualnie mamy, a Bendera do
ujawnienia się jako antykomunistycznego opozycjonisty.
Wcześniej było to owiane tajemnicą.
Zwłaszcza w czasach kiedy ojczyzna i Kościół (to zwłaszcza poparcie Kościoła
podkreśla często Bender, tłumacząc, że ze względów oczywistych nie mógł go dotąd
ujawnić) kazały mu odegrać niewdzięczną rolę Wallenroda XX wieku: najpierw na
pozycji radnego miasta Lublina (1973-1977); potem posłując dwukrotnie w Sejmie
(1976-1980, 1985-1989). Kościół wszakże nie dojrzał jeszcze do zdekonspirowania
jednego z najlepszych agentów.
Kamuflaż był do tego stopnia
posunięty, że nie poznali się na Benderze nawet działacze "Znaku” (tworzyły go
środowiska skupione wokół katolickich miesięczników "Więź" i "Znak" oraz
"Tygodnika Powszechnego", z którym bardzo blisko związany był kard. Karol
Wojtyła). Sprawa jest jednak oczywista, jeśli się pamięta, że Ryszard Bender
zajął w Sejmie miejsce usuniętego 1976 r. przez komunistów Stanisława Stommy
(którego w swoim liście przedstawia jako towarzysza walki). Przypomnijmy, że
Stomma został usunięty, ponieważ jako jedyny poseł nie głosował za poprawkami do
konstytucji, m.in. o "przewodniej roli PZPR w państwie" i "przyjaźni z ZSRR".
Historia poselskiego koła "Znak",
jak to już wielokrotnie pisano, wiodła od kompromisu z komunistami w 1956 r.
(wtedy kard. Stefan Wyszyński nie ukrywał swego poparcia dla "Znaku"), poprzez
odebranie przez komunistów koncesji na sejmowe mandaty kolejno: Stefanowi
Kisielewskiemu, Jerzemu Zawieyskiemu, Tadeuszowi Mazowieckiemu i Stanisławowo
Stommie - do kompromitacji neo-Znaku w 1976 r.
Po usunięciu Stommy środowiska
"Znaku" zażądały, by grupa Zabłockiego, Łubieńskiego i właśnie Bendera przestała
się posługiwać nazwą "Znak". Niestety nazwa została zawłaszczona i pod cenzurą
PRL-u neo-Znak miał uchodzić za kontynuację grupy, która w Sejmie zasiadła z
przyzwolenia kard. Wyszyńskiego.
W tym samym czasie, gdy wszystkie
niezależne środowiska protestowały przeciw poprawkom do konstytucji (protestował
też Kościół), komuniści pozbawili miesięcznik "Więź" (którego redaktorem
naczelnym był Tadeusz Mazowiecki) oraz warszawski Klub Inteligencji Katolickiej
źródeł utrzymania. Odebrano tym instytucjom prawo własności "Libelli",
przedsiębiorstwa, którego byli udziałowcami.
Wśród nowych zarządców "Libelli"
znalazł się natomiast m.in. lubelski KIK, któremu prezesował Ryszard Bender.
Pisze Ryszard Bender, że "nie musi
się wstydzić swoich mów sejmowych z okresu PRL". To dobrze, bo choć na koniec
posłowania zebrał się na odważne wystąpienia w sprawie Katynia czy 11 listopada.
Ciekawe jednak, że nie wstydzi się
Bender swoich historycznych paraleli (jest przecież historykiem). Ot, choćby z
31 marca 1977 r.: "Szukam analogii historycznych. Śmiało chyba rzec można, że od
przełomu 1918-19, od czasu pepeesowsko-wyzwoleniowego rządu Jędrzeja
Moraczewskiego, dopiero po grudniu 1970 Edward Gierek z nowym Biurem Politycznym
pchnął lawinę wielorakich rozwiązań palących problemów socjalnych". (Wszystkie
cytaty za stenogramami sejmowymi).
Ciekawe też, że nie wstydzi się
swej sejmowej inwokacji do Gierka z 8 lutego 1979 r.: "Autorytet pogrudniowego
kierownictwa politycznego, skupionego wokół pana, panie pierwszy sekretarzu,
jest - wbrew tym co z prawa i lewa może chcieliby czegoś odwrotnego - nadal
duży, wielki".
Nie jest winą Bendera, że kiedy w
1985 r. wchodził po raz drugi do Sejmu, "Solidarność" wzywała akurat do bojkotu
wyborów. "Absencja, nawet w warunkach ocenianych jako niesprzyjające, nie jest
właściwa – tłumaczył 25 września 1985 Bender na łamach "Expressu Wieczornego" -
zwłaszcza, że oceny doraźne nie zawsze bywają precyzyjne i nierzadko z upływem
czasu ulegają przewartościowaniu".
Są różne wybory w życiu
politycznym. Bez wątpienia droga Ryszarda Bendera była oryginalna, ale i
skuteczna. Dziś uchodzi za opozycjonistę. Nikt nie chciałby potępiać go za
przeszłość, gdyby on sam tak łatwo nie ferował wyroków.
Inna była droga Bronisława Geremka.
W 1956 roku miał aż 24 lata, a za sobą - zaangażowanie się po stronie socjalizmu
w latach stalinizmu, co z przyjemnością wytykano mu latami w "Trybunie Ludu" i
"Żołnierzu Wolności", a od niedawna w Komitecie Obywatelskim przy Lechu Wałęsie.
W 1968 r. rzucił partyjną
legitymację protestując przeciw radzieckiej inwazji na Czechosłowację.
Późniejsza droga Geremka wiodła przez demokratyczną opozycję lat
siedemdziesiątych w Polsce, potem przez Stocznię Gdańską w sierpniu 1980 aż do
"Solidarności", której był rzeczywistym filarem.
Zapłacił za to internowaniem,
więzieniem i wyrzuceniem z pracy.
W czerwcu 1990 r. miał odwagę
publicznie powiedzieć Wałęsie prawdę.
Jeśli ktoś nie chce jej słuchać,
może ją zagłuszyć inwektywami.
Ale czy po to właśnie grzmociliśmy
ze Stommą komunistów?
Wojciech Mazowiecki
< powrót do: publikacje