
1989
"Gazeta Krakowska" nr 262, 10.11.1989
Naszym dramatem jest brak trzeciej siły
Rozmowa z prof. RYSZARDEM BENDEREM ze Stronnictwa Pracy
- Sejmie IX kadencji był Pan
Profesor bezsprzeczną indywidualnością. W Pańskich wystąpieniach sejmowych nie
było tematów tabu. Pan pierwszy publicznie upomniał się o Katyń, o "białe plamy"
w naszej najnowszej historii, w czasie gdy o tych sprawach mówiło się
półgębkiem. To również był Pański głos, by zmienić nazwę państwa na
Rzeczpospolitą Polską. Wszystkie te wystąpienia na forum Sejmu zyskiwały Panu
sympatię i szacunek szerokich kręgów społeczeństwa. Wydawać by się mogło, że z
takimi referencjami następne wybory wygrywa się w cuglach. Tymczasem ani Pan
Profesor, ani żaden z innych kandydatów chrześcijańskiej demokracji nie
zyskaliście wystarczającego poparcia. Zamiast sukcesu całkowita klęska.
- Istotnie tak było, ale tę sprawę
trzeba rozłożyć na czynniki pierwsze. Stwierdzenie, że wyborcy nam nie
zawierzyli nie jest w pełni adekwatne z tego względu, że były to wybory
większościowe a nie proporcjonalne. W Niemczech Zachodnich Partia Wolnych
Demokratów ma poparcie 8-9 proc. elektoratu i to jej wystarcza by pełnić ważną
rolę w parlamencie jako ta trzecia siła, której u nas brak. W tych wyborach
nawet gdyby ktoś uzyskał 49 proc. głosów też by nie przeszedł. To są jedne z
najbardziej niedemokratycznych wyborów, jakie sobie można wyobrazić. Poza tym
były to wybory kurialne, znane z dawnej Galicji. Każda kuria wybierała swojego
człowieka. Im liczebniejsza kuria tym mniej miała przedstawicieli. Było przy tym
wiadomo, że kogo wybierze kuria ten przechodzi. I tak samo było i tutaj. Kuria
największa czyli bezpartyjni mieli najmniej mandatów. Poza tym tak sarno jak w
Galicji, w kuriach głosowano na tego, którego wskazał pan hrabia a tu głosowało
się na tych, których wskazał pan Wałęsa, przy czym Wałęsa musiał się liczyć z
tym co podjęto w Komitecie Obywatelskim. Cóż to za wybory, skoro wiadomo ile
osób jakiej barwy zasiądzie w parlamencie. To była konwencja sił, które doszły
do porozumienia przy "okrągłym stole" z pominięciem sił, których do stołu nie
poproszono. I żadna z nich, oprócz PPS, którą wskazał Komitet Obywatelski, nie
liczyła się tej rozgrywce. Jednocześnie nie zabrakło mandatów dla grup
konfesyjnych w rodzaju "Pax" czy UChS. Nastąpił tu paradoks, że te siły, które
są bliskie większości społeczeństwa nie uzyskały mandatów, przypadły one
natomiast blokowi lewicy, co do której społeczeństwo polskie na uzasadnione
uprzedzenia. To paradoks absolutny, że najbardziej antybolszewicka KPN z panem
Moczulskim też nie uzyskała mandatu. Społeczeństwo nie znało niuansów, nie znało
kulis, ludzie nie wiedzieli dlaczego nie znaleźliśmy się w "rozdzielniku" i
głosowali na listę Komitetu Obywatelskiego. Podziało się tak dlatego, że przy
"okrągłym stole" ustalono, że ma być dychotomia. Ja protestowałem w ostatnich
wystąpieniach sejmowych przeciw takiej dychotomii. Powiedziałem, że w tej chwili
zamiast monowładzy mamy monopol władzy i monopol opozycji. Tak nie można.
Opozycja musi mieć wiele twarzy. Wtedy będzie demokracja, gdy będziemy mieli
pluralizm w opozycji.
- Nurt chrześcijańskiej
demokracji, który Pan reprezentuje czynił niemało zabiegów, aby znaleźć się przy
"okrągłym stole". Potwierdzają to fakty. Wszystkie posunięcia okazały się jednak
nieskuteczne, choć dla wielu osób obecność chadecji byłaby czymś naturalnym.
- 12 lutego reaktywowaliśmy
Stronnictwo Pracy, które, przypomnę, nic zostało rozwiązane tylko dokonało
samozawieszenia działalności do czasu zaistnienia w kraju normalnych warunków
dla funkcjonowania partii politycznych. Było to latem 1946 roku. Z początkiem
tego roku 11 członków władz tamtego Stronnictwa Pracy uznało, że takie warunki
już są i wspólnie z młodszymi, którym przekazali swą sukcesję, powołali
Tymczasowy Zarząd Stronnictwa z panem mecenasem Władysławem Siłą-Nowickim jako
prezesem. Wiceprezesami zostali: p. Janusz Zabłocki, p. Zygmunt Drozdek i ja,
sekretarzem generalnym pan Tadeusz Zembrzuski, skarbnikiem p. Andrzej Deskur. W
skład zarządu weszła też grupa dawnych członków stronnictwa. Zaraz po tym
ogłosiłem publicznie fakt reaktywowania Stronnictwa Pracy. Wywołało to ogromny
kociokwik. Natychmiast spowodowano blokadę informacyjną. Nie można było nic
pisać. Obie strony przygotowujące "okrągły stół" i strona rządowa i
solidarnościowa zbyły rzecz milczeniem, ponieważ dekomponowało to układ: władza
o jednolita opozycja. Gdy cenzura zabraniała publikacji zrobiłem interpelację do
pana Rakowskiego w Sejmie. Powiedział mi: niech się pan czepia innego, mnie
cenzura nie podlega, podlega Radzie Państwa. Szef kancelarii Sejmu pan Wirowski
powiedział mi z kolei: panie pośle, nie ma adresata. Cenzura nie podlega
prezesowi Rady Ministrów, podlega przewodniczącemu Rady Państwa, zaś regulamin
nie przewiduje interpelacji, więc chyba z tego nic nie wyjdzie. A wyjdzie -
odpowiedziałem - i odczytałem to w Sejmie wobec wszystkich posłów. Skoro nie ma
adresata to adresuję do całego Sejmu. To dobrze, że cenzura nie skreśla Jana
Józefa Lipskiego i PPS, ale i nas nie powinna kreślić. Zapis zdjęto przed samymi
wyborami. Tygodnik "Ład" mógł opublikować tę wiadomość po wielu tygodniach.
- Co oznaczał dla Pana ten
syndrom w świetle wyborów?
- Jakieś siły sprawiły, że PPS stał
się bliższy Komitetowi Obywatelskiemu, niż chadecja, grupy narodowe czy KPN.
Pominięto też PSL ograniczając się do Solidarności RI. Na swoje listy
wprowadzono tylko Lipskiego i kilku ludzi z jego grona czyli z PPS. A przecież
PPS przestała istnieć, bo połączyła się z PPR w PZPR. Nas pominięto. Musieliśmy
podjąć decyzję: rezygnujemy czy idziemy sami? Aleksander Hall, gdy mu
powiedziano, że jego narodowa grupa nie wchodzi w rachubę, zdystansował się od
komitetu, zgłosił protest, którego nikt mu nie chciał wydrukować. Zamieścił mu
to wreszcie grubo później "Ład". My natomiast zdecydowaliśmy się iść do wyborów
osobną grupą, choć wszyscy, łącznie z panem mecenasem Siłą-Nowickim zdawaliśmy
sobie sprawę, że w wyborach większościowych nie mamy szans. Nasze przewidywania
sprawdzały się, wszelako z tej konfrontacji wynieśliśmy pewien istotny sukces.
Wprowadziliśmy do obiegu pojęcie chrześcijańskiej demokracji.
- Wydarzenia związane z
przebiegiem "okrągłego stołu" a i później z wyborami dowodzą ostrej walki o
dominację w "Solidarności" pomiędzy chadecją a tzw. lewicą laicką panów Geremka,
Kuronia i Michnika.
- Ja bym to odwrócił: to lewica
laicka w "Solidarności" walczyła o to, by nikt spoza jej kręgu nie znalazł się
na listach. Myśmy nie mieli dostępu do Komitetu Obywatelskiego. To przecież
paradoks, że pan Siła-Nowicki, człowiek-legenda, postać ogromnie zasłużona w
walce o demokratyzację w Polsce, został zarekomendowany do "okrągłego stołu"
przez stronę rządową. Mnie dopuszczono jedynie do "stołu podłużnego", przy
którym dyskutowano sprawę reform politycznych z kolei z rekomendacji
"Solidarności". Kiedy wystawiliśmy do wyborów listę chadecji z 7 nazwiskami,
spadła na nas lawina ataków o to, że rozbijamy jedność opozycji.
- Było w tych atakach wiele
zaskakujących osobliwości, zważywszy na strony biorące udział w konfrontacji. Bo
oto w katolickim "Tygodniku Powszechnym" eks-marksista Stefan Bratkowski
obwieszczał o jakiejś tam jednoosobowej partii mecenasa Siły-Nowickiego. Tuż
przed wyborami "reżimowe" środki masowego przekazu poinformowały, że prymas
Glemp przyjął kandydatów Stronnictwa Pracy - mec. Siłę-Nowickiego i Kazimierza
Świtonia. W tym samym czasie, na łamach "Gazety Wyborczej" ksiądz prof. Józef
Tischner oznajmił, że bardziej mu po drodze z Kuroniem, Geremkiem i Lipskim.
- Już wtedy odzywały się głosy, że
to był błąd, że Komitet Obywatelski powinien być matką różnych ugrupowań
opozycyjnych. Pogląd taki wyrażał podobno również obecny premier pan Tadeusz
Mazowiecki. W komitecie co prawda przeważali ludzie u poglądach lewicowych, stad
można zrozumieć większe sympatie do PPS, ale inne grupy, o których tu mówimy też
powinny się tam znaleźć. Tu się można zastanawiać dlaczego nie dopuszczono na
zasadach egalitarnych innych ugrupowań.
- Świadomość polityczna tzw.
elektoratu jest u nas niska. Dzisiejszy Śląsk różni się od tego Śląska, który
pamiętał Korfantego, ale porażka Świtonia z Michnikiem w Bytomiu była
druzgocąca.
- I to z Michnikiem - byłym
członkiem PZPR i człowiekiem, który z chrześcijańską ideą społeczną nie ma nic
wspólnego. Mec. Siła-Nowicki przegrał z Kuroniem, który nigdy nie ukrywał swych
lewicowych przekonań. Kuroniem, byłym prominentem partyjnym z czasów gdy mecenas
przebywał w więzieniu za przekonania polityczne. Społeczeństwo głosowało na
symbol, uwierzyło, że trzeba iść kupą, poprzeć grupę, której symbolem jest Lech
Wałęsa a ten to symbol przyszpilili sobie niejako panowie z Komitetu
Obywatelskiego. Lech Wałęsa wyraził na to zgodę, dał im swój kredyt, bo uznał
widocznie, że tak będzie najlepiej. Niektórzy uważali, że ci panowie, jako byli
komuniści, najlepiej znają technikę i taktykę walki politycznej. Takie opinie
głoszono i ludzie w to uwierzyli. Część ludzi nawet z wewnętrznym niesmakiem
uznało, że trzeba właśnie głosować na tamtych.
- Wydawać by się mogło, że
chadecja, mając za sobą poparcie Kościoła z całym jego aparatem oddziaływania na
społeczeństwo, mogła liczyć na więcej. Rodzi to pewne skojarzenia z okresem
przedwojennym. Wtedy z kolei nieporównanie większe wpływy w społeczeństwie mieli
endecy.
- Zgadza się, ale kierunek chadecki
był ruchem młodym. Narodowcy, ludowcy, czy socjaliści tworzyli ruchy z
tradycjami. Ale wtedy chadecy mieli kilkunastoprocentową klientelę. Teraz, mimo
zachłyśnięcia się "Solidarnością", udało się uzyskać ten przedwojenny poziom
elektoratu. Ja miałem w Lublinie 13 proc. głosów, mec. Siła-Nowicki 20 proc.
czyli więcej niż chadecy mieli przed wojną. I to mimo ataku jaki przypuszczono
na nas. A przecież człowiek z KPN czy SP byłby tak samo z opozycji jak ten z
Komitetu Obywatelskiego. Wtedy byłaby możliwość grania na różnych instrumentach.
- Rozmawiałem niedawno z pewnym
panem zajmującym się polityką jeszcze przed wojną i nazwał on chadecję
"stronnictwem kanapowym". Byli tacy, którzy podejrzewali ją o masoński rodowód,
z racji powinowactwa a z Frontem Morges.
- Filarem Frontu Morges był Ignacy
Paderewski. Niektórzy przewrażliwieni uważali, że nie miałby on takich wpływów,
gdyby nie powiązania z masonerią. O to samo przecież podejrzewano Piłsudskiego,
choć nie ulega kwestii, że liczni ludzie z jego kręgów byli ewidentnymi braćmi
lożowymi, natomiast wśród ludzi Paderewskiego takich ewidentnych przykładów nie
znajdziemy. Jeśli idzie o tę "kanapowość" to istotnie działalność chadecji była
skromniejsza w porównaniu z narodowcami czy socjalistami, ale przecież wpływy w
ruchu związkowym świadczą o realnej sile stronnictwa. W sferze oddziaływania
chadecji byli i Paderewski, i generał Sikorski, choć on jako wojskowy formalnie
nie należał do stronnictwa. Stad też pewna zawiść w innych ugrupowaniach, że
forował on chadecję. Ale tak naprawdę to jedynym ministrem z chadecji w rządzie
Sikorskiego był Karol Popiel, faktyczny przywódca powołanego w 1937 roku
Stronnictwa Pracy, bowiem Korfanty od czasu procesu brzeskiego przebywał na
emigracji.
- Zatrąciłem o tę "kanapowość”
nie bez kozery. Widzę tu analogię do dnia dzisiejszego. Prezes Stronnictwa
Pracy, mec. Władysław Siła-Nowicki bierze udział w międzynarodówce chadeckiej w
Gwatemali, zostaje wiceprezesem, kiedy indziej delegacja władz SP składa wieńce
na grobie Korfantego, ale na co dzień w "terenie" obecność stronnictwa jest
całkiem nieodczuwalna. Jak widzicie swoją przyszłość w sytuacji, kiedy macie
bardzo ograniczony dostęp do środków masowego przekazu, kiedy część kleru
traktuje was z rezerwą?
- Mamy przychylność księży, którzy
co prawda nie uważają nas za siłę, choć uznają fakt, że chcemy wcielać w życie
problematykę chrześcijańsko-społeczną. W większości województw mamy grupy
inicjatywne, mamy mężów zaufania. Nie chcemy robić akcji, to musi być proces
naturalny. W czasie kampanii wyborczej poprzez "Ład" zebraliśmy 60 tysięcy
podpisów. Teraz tego robić nie chcemy.
Zjazd stronnictwa przewidujemy w
grudniu, ewentualnie na wiosnę. Co do udziału w międzynarodówce chadeckiej to
uważamy za normalne zamanifestować tam swą obecność. W jej władzach był vacat
dla przedstawiciela Europy Środkowej, stąd wybór mec. Siły-Nowickiego na
wiceprezesa. 19 października br. mieliśmy spotkanie organizacyjne stronnictwa w
Lublinie. Przyszło sporo osób, ok. 200, była bardzo interesująca dyskusja.
- Widziałem afisz informujący o
tym spotkaniu a obok niego wymalowane hasła: "katolicy do kostnicy", "Mazowiecki
szpieg radziecki".
- Mogą sobie wypisywać co chcą, a
jak to jest adekwatne do rzeczywistości, każdy Polak właściwie potrafi ocenić.
To rysujący przedstawili swoją sylwetkę 1). Nie uważam, by w Polsce
było możliwe normalne życie bez partii centrum. W tej chwili w Polsce nie ma
opozycji, wszyscy są w rządzie, zaś uścisk obu sił staje się duszący. To jest ta
dziwaczność, która się stała. Nasza tragedia to brak centrum, brak trzeciej
siły. Wszystko by wyglądało inaczej, gdyby do parlamentu wprowadzono nas kilku
ze Stronnictwa Pracy, kilku "zielonych", kilku ludzi z formacji pana
Korwina-Mikkego. Węgrzy robią to mądrzej, tam jest trójdzielność. Odbudowali
stare partie, tworzą nowe, nie zdecydowali się na dziwaczną dychotomię opartą na
pseudoangielskich wzorach. W Anglii złożyły się na to wieki tradycji, zresztą to
nie jest całkiem tak z tym dualizmem. Działa przecież partia liberalna Owena.
Węgrzy idą do przodu, ogłosili się już Republiką Węgierską, ludzie płakali ze
wzruszenia a my stoimy w miejscu. Ja jeszcze jako poseł zgłosiłem wniosek o
przywrócenie nazwy "Rzeczpospolita Polska". Dałem się wtedy przekonać, że ten
wniosek upadnie i zrozumiałem niebezpieczeństwo z tym związane. Poszedłem na
kompromis, że mój wniosek zastanie przekazany Sejmowi X kadencji. Obecnie
wystosowałem więc telegram do panów Kozakiewicza, Stelmachowskiego i Geremka.
Pan Kozakiewicz powiedział mi potem, że dowiedział się o moim telegramie z
"Wolnej Europy", bo poczta znów zaspała. Nadała tę wiadomość Polska Agencja
Prasowa, przemilczała natomiast zupełnie telewizja. Czyżby w swej układności
chciała być tak doskonała jak dawniej?
- Polskę toczy także kryzys
ideowy. Jedni domagają się kapitalizmu, inni nie chcą rezygnować z formuły
państwa opiekuńczego, a tymczasem miliony Polaków poraża głęboka niepewność o
własne jutro, o przeżycie.
- Program chadecji jest leciwy, ale
przed 50 laty był na tyle postępowy, że w wielu punktach jest aktualny do dziś.
A więc gospodarka rynkowa absolutnie tak, ale w postaci nie uderzającej w
społeczeństwo. Chodzi o to, by jednostka przedsiębiorcza, bogacąca się, nie
doprowadziła do pauperyzacji innych. Tu jest niezbędna ingerencja państwa.
Opiekuńczość tak, ale nie nadopiekuńczość. Najważniejsza jest sprawa dostatniego
bytu rodziny. W programie Stronnictwa Pracy wynikającym z zasad katolickiej
nauki społecznej była nawet mowa o płacy rodzinnej. Musi! być płaca rodzinna.
Może pracować więcej osób, ale już zarobki głowy rodziny powinny wystarczyć na
godne życie bez upokorzeń. Nasze stronnictwo od dawna mówiło o uwłaszczeniu
pracy, bo to także wynika z nauki społecznej Kościoła. My już dawno wysuwaliśmy
akcjonariat pracowniczy.
- O akcjonariacie pracowniczym
mówi też lewica laicka w "Solidarności".
- A proszę bardzo, niech mówią,
niech robią, nam to nic nie przeszkadza. Po wojnie nie różniliśmy się od
komunistów w poglądach na kwestię rolną. My również głosiliśmy, że potrzeba
dużych i silnych gospodarstw. Poszliśmy nawet dalej uznając, że 50 ha wystarczy.
Katolicka nauka społeczna jest uniwersalna, interesują się nią i kraje
muzułmańskie. Uniwersalna jest zasada solidaryzmu, czyli równa dbałość o
wszystkie warstwy społeczne. Solidaryzm stoi w sprzeczności z walką klas. Nie
uznaje klas uprzywilejowanych, nawet jeśli to jest klasa robotnicza. Zresztą
socjalizm doprowadził do tego, że nie klasa robotnicza a jej przedstawiciele
żyli w dostatku. Trzeba dbać o proporcjonalność. To są rzeczy uniwersalne i
proszę bardzo je naśladować.
- Jak realizować zasadę
solidaryzmu w warunkach, gdy powszechna pauperyzacja
spowodowała ostrą rozbieżność interesów różnych klas?
- Tym bardziej trzeba
doprowadzić do ich zbieżności. I tu jest właśnie rola państwa. Państwo musi
zrozumieć i przyjąć zasady solidaryzmu. To jest trudne, bo z jednej strony
trzeba popierać inicjatywę i przedsiębiorczość, z drugiej mieć na uwadze sprawy
bytu ogółu społeczeństwa. To jest bardzo trudne, ale nieuniknione.
- W tej chwili nie ma oznak, by
któraś z grup przy władzy objawiała większe zainteresowanie solidaryzmem.
- Zgadza się, ich tendencje są
wspólne. Chcą się utrzymać przy władzy, zaś brak trzeciej siły nie pozwala na
ewentualne manewry. Gdyby rządowa większość była rozsądna, to przekazałaby
opozycji pozaparlamentarnej środki, które pozwoliłyby się jej rozwinąć. KPN
zajmuje lokale, my w tym nie uczestniczymy, choć ich brak tak samo nam
doskwiera. My nie możemy w tej chwili być samodzielni, nie możemy rozwijać
działalności gospodarczej bo nie mamy osobowości prawnej. Obecna władza powinna
zrobić ten gest i to nie z pobudek altruistycznych, ale we własnym interesie.
Nowa ekipa władzy, która jest niby różnorodna a właściwie tak monotonna, powinna
to zrozumieć. Jeśli nie dopuści do utworzenia legalnej opozycji to zrobi krzywdę
nie sobie, ale przede wszystkim społeczeństwu. Skutki niekontrolowanego wybuchu
mogą być straszne.
- Dziękuję za rozmowę.
TOMASZ ORDYK
---------------
1) Według lubelskich opinii napisy te smaruje
LAGA - Lubelska Autonomiczna Grupa Anarchistów - członek "Międzymiastówki
Anarchistycznej".
(przyp. tor)
< powrót do: publikacje