
1988
"Konfrontacje" nr 12, grudzień 1988
z Ryszardem Benderem, posłem na Sejm, profesorem KUL, prezesem KIK w
Lublinie rozmawia Jerzy Szczęsny
- Pozwoli Pan Profesor na
odrobinę tak popularnej niegdyś, marksistowskiej poetyki. Obecne stosunki
produkcji - co podkreśla się również w ZSRR - nie nadążają za poziomem sił
wytwórczych. Wówczas - jak czytamy w słynnym onegdaj "Słowniku Filozoficznym" -
"...Następuje, albo okres ostrych społeczno-ekonomicznych i politycznych
wstrząsów wewnątrzformacyjnych, modyfikujących i dostosowujących stosunki
produkcji do nowych warunków produkcji, albo - epoka ogólnego kryzysu danej
formacji społecznej i jej zguby w wyniku rewolucji społecznej...". Co więc nam
grozi: modyfikacja systemu czy rewolucja?
- Jako katolik nie jestem
zwolennikiem marksistowskich schematów. Powiedziałbym nawet, że wprost
przeciwnie. Tym niemniej zacytowana przez pana prognoza wydaje się trafna.
Ponieważ grozi nam rewolucja, najwyższa pora na radykalną modyfikację obecnego
systemu. Władza powinna wreszcie to dostrzec, zwłaszcza że cierpliwość
społeczeństwa jest na wyczerpaniu.
- Aż rewolucja?
- Pauperyzacja znacznej części
społeczeństwa sięga zenitu, a uciążliwości życia codziennego zdają się
przerastać to, z czym mieliśmy dotąd do czynienia. Kryzys trwa latami i potęguje
się wbrew irytującym zapewnieniom rzecznika rządu, który obwieścił zakończenie
kryzysu. Zaopatrzenie sklepów, ostatnio nawet w cukier czy sery, o mięsie i
wędlinach nie wspominając, przypomina kraj po wielkim bombardowaniu. Powoli, ale
systematycznie zbliżamy się do trzycyfrowej inflacji, część młodzieży,
najbardziej rzutka i wykształcona, ocieka z kraju, a ta która zostaje, zgrzyta
zębami. Czy to nie są symptomy groźby poważnych zaburzeń, przed którymi może
uchronić kraj jedynie radykalna zmiana dotychczasowego systemu rządzenia i
gospodarowania? W przeciwnym razie rewolucja jest nieuchronna. Módlmy się i
róbmy wszystko, aby była niekrwawa.
- Widzi Pan jakieś proste
rozwiązania tej złożonej i wynikłej z wieloletnich nawarstwień sytuacji?
- Nie tylko widzę, ale mówię o
nich, również z trybuny sejmowej. Musimy wrócić do Manifestu PKWN, który przez
całą dotychczasową historię PRL był dekoracją systemu, a nie realizowanym
programem politycznym. W Manifeście tym czytamy np. o równości trzech sektorów:
państwowego, prywatnego i spółdzielczego. Jak ta równość wyglądała przez
czterdzieści kilka lat Polski Ludowej, wszyscy dobrze wiedzą i odczuwają ją dziś
na własnej skórze...
- Niektórzy odczuwają wyłącznie
na cudzej skórze...
- I ci muszą odejść, jeśli nie chcą
doprowadzić do tragedii. Wracając do Manifestu. Deklarował on równość sektorów w
rolnictwie i oparcie gospodarki rolnej na silnym gospodarstwie chłopskim do 50
ha, a na ziemiach odzyskanych do 100 ha. Jak te deklaracje mają się do gehenny
trzech pokoleń rolników gnębionych dostawami, podatkami, a zwłaszcza brakiem
środków do pracy?
A gdzie jest przemysł drobny i
średni, który według Manifestu PKWN miał zapełniać zgłodniały po wojnie rynek?
Nie szukajmy więc rozwiązań w skomplikowanych, teoretycznych mechanizmach, a
zwróćmy się ku najprostszemu - ku inicjatywie ludu, prywatnej inicjatywie
obywateli, których pomyślność jest warunkiem wstępnym pomyślności państwa.
- Ten kierunek myślenia zdaje
się być obecnie obowiązujący.
- Tak się może wielu zdawać, ale
tak nie jest. W przeciwnym razie kryzys nie trwałby już siedem lat z okładem. W
historii bywały już rozmaite kryzysy, które dotykały różne kraje. I kwestia
wychodzenia z tych kryzysów była kwestią miesięcy, roku, najwyżej dwóch lat. A u
nas po siedmiu latach końca nie widać, bo przez ten cały czas mamy
administracyjne dyrektywy, ekonomiczne teoretyzowanie i w gruncie rzeczy
tworzenie kagańców fiskalnych nakładanych na indywidualną przedsiębiorczość i
obywatelskie inicjatywy gospodarcze. Weźmy dla przykładu spółdzielczość. Co się
w niej zmieniło? Nic. Centralne związki faktycznie będące dyrekcjami państwowymi
nadal istnieją, a założenie spółdzielni - tej socjalistycznej przecież formy
gospodarowania - urasta do rangi terenowej awantury politycznej.
- Centrum deklaruje jednak
poparcie dla przedsiębiorczości i inicjatywy gospodarczej.
- Istotnie, ale to są, i niech
rzeczywistość o tym zaświadczy, tylko deklaracje. O czym bowiem świadczą raz po
raz przytaczane w prasie przypadki ludzi z inicjatywą, którym ręce opadają? W
Polsce mamy obecnie nie tylko inflację złotówki. Mamy również inflację słów i
słusznych haseł, które - jak to wyraźnie widać - rynku, prawdziwego rynku, nie
zastąpią. Najbardziej zaś irytuje to, że do uzdrowienia gospodarki mamy
znakomitą okazję. Jest program, jest tradycja i jest sprzyjający klimat. O
programie już wspomniałem - to chociażby Manifest PKWN traktowany poważnie,
tradycje mamy własne i zagraniczne - choćby NEP, a klimat "pierestrojki" daje
wielką szansę uczynienia z księżycowej gospodarki planowej, normalnej gospodarki
rynkowej.
- Wie Pan ilu ludzi straci
wówczas posady?
- Żałuje ich pan?
- Bynajmniej. To oni właśnie
powodują trwanie starego systemu przy gromkich okrzykach o reformie.
- Powiedziałem w Sejmie, że w
reformę już dziś nikt w Polsce nie wierzy. Można ogłosić jej trzeci i kolejne
etapy. Pod warunkiem oczywiście, że społeczeństwu starczy cierpliwości. Coraz
bardziej dominująca wydaje się być opinia, że wyjście kraju z ubóstwa jest
niemożliwe bez zmian politycznych, a przynajmniej w systemie sprawowania władzy.
Zmiana premiera i rządu ta już coś, ale nie wszystko.
- Hasło zmian politycznych
odbierane jest w niektórych kręgach establishmentu jako próba odebrania władzy
rządzącej partii. Na zebraniach aktywu PZPR rozmaitych instancji już teraz
słychać oburzone glosy twierdzące, że "partia oddaje władzę".
- Tak mogą twierdzić tylko ludzie o
stalinowskich proweniencjach, wychowani w szkole Bieruta, Bermana,
Zambrowskiego; ludzie, którzy impregnowani są na znaki czasu i nie przyjmują do
wiadomości tego, co dzieje się dziś w krajach realnego socjalizmu, w
szczególności zaś w ZSRR. W PZPR, poza ruchem wyraźnie proreformatorskim, zbyt
mało siebie eksponującym, nadal istnieją siły prostalinowskie złożone z całego
zastępu towarzyszy, którzy najlepiej czuli się w warunkach zaostrzającej się
walki klasowej i tęskno im dziś do tamtych dobrych - dla nich wyłącznie -
czasów. Jest rzeczą wewnętrzną PZPR rozwiązanie tego problemu i nie mnie dawać
na to recepty. Ale jako obywatel i poseł muszę stwierdzić jedno: ten
wewnątrzpartyjny problem rzutuje na sytuację całego narodu. Dlaczego? Bo
stalinowskie kręgi w PZPR hamują, a niekiedy wręcz unicestwiają reformatorskie
poczynania partii jako całości, partii, która - chcemy czy nie chcemy -
faktycznie posiada władzę w państwie.
- I o tę władzę się obawia.
- Niezasadnie. Polacy potrafią
łączyć romantyzm z realizmem politycznym, wbrew wygodnym schematom
kwestionującym tę umiejętność. Obecna władza dysponuje wojskiem, milicją,
środkami przymusu czy perswazji i nikt odpowiedzialny nie będzie chciał jej
pozbawić tych rzeczywistych atrybutów władzy. Czy socjaliści brytyjscy
krytykując - i to jak! - rządy konserwatystów chcą zamienić monarchię na
republikę? Już samo postawienie sprawy pachnie absurdem nad Tamizą. A dlaczego
nie nad Wisłą? Chodzi natomiast o to - o czym także już mówiłem w Sejmie - aby
władza, która nie potrafi z różnych względów zapewnić dostatku materialnego
państwu i jego obywatelom, władza, która zmuszona jest w czterdzieści parę lat
po wojnie reglamentować mięso i benzynę, zgodziła się na współrządzenie z innymi
kręgami politycznymi.
- Co to znaczy "zgoda na
współrządzenie"?
- To znaczy zgoda na przedstawienie
alternatywnego programu gospodarczego, którego twórcą byłyby kręgi opozycyjne.
Właśnie one, skoro koncepcja gospodarcza dotychczasowych kręgów rządzących
powoduje ciągłe braki rynkowe. Ostatnio brakuje butów na zimę, skarpet, rajstop.
Brakuje od dawna środków higienicznych, lekarstw, witamin. Alternatywny program
gospodarczy musi przedstawić opozycja, skoro nie czyni tego władza. Władza zaś
powinna zaakceptować ten program i wprowadzić go w życie po to, aby ratować
naród od biedy i państwo od ubóstwa.
- Kiedy to się powinno stać?
- Jak najszybciej, gdyż jedną z
wielu cech polskiego kryzysu jest to, że z sensownymi inicjatywami najczęściej
się spóźniamy, co zresztą może być ilustracją źle świadczącego o narodzie
przysłowia "mądry Polak po szkodzie". Tych szkód obecnie już wystarczy, jako że
cierpliwość społeczna jest na wyczerpaniu.
- Ma Pan Profesor jakiś pomysł
polityczny na to, aby wyczerpywanie tej cierpliwości uległo przyhamowaniu?
- Nie wolno dopuścić do tego, aby
tworzenie normalnego życia politycznego zostało zastąpione jego namiastką.
Oprócz powstania takich stowarzyszeń, jakich chcą obywatele, obok
"Solidarności", która powinna odzyskać należne jej miejsce w pluralistycznym
ruchu związkowym i wreszcie działać oficjalnie, potrzebne są nie tylko obecnie
istniejące, ale i nowe partie polityczne; te zwłaszcza, które mają bogate
tradycje z lat II Rzeczypospolitej. Szczególnie myślę tu o stronnictwach
narodowo- i chrześcijańsko-demokratycznych.
- Tradycją narodowej demokracji
jest również totalitaryzm i antysemityzm.
- Nie chodzi o to, aby współcześnie
inkorporować wszelkie dawniejsze tendencje wraz z dostatecznie skompromitowanymi
ciągotami totalitarnymi czy antysemickimi. Nigdy tak nie bywa, że cała
zamierzchła tradycja jakiegoś ugrupowania politycznego jest przejmowana przez
pokolenia następne. Komuniści również odrzucili ze swej tradycji wiele
anachronicznych tendencji i poglądów, jak choćby znane twierdzenia Róży
Luksemburg w kwestii narodowej. Nie chodzi więc o to, aby przy odwoływaniu się
do tradycji brać z niej to, co było złe, ale to, co było dobre. To, co można
obecnie z pożytkiem wykorzystywać dla pomyślności państwa i narodu organizując
zbiorową wyobraźnię. Narodowo- i chrześcijańsko-demokratyczne stronnictwa w II
Rzeczpospolitej prezentowały ten kierunek myślenia politycznego, który zawierał
w sobie wartości dziś niezwykle ważne i potrzebne. A więc realizm polityczny,
szacunek dla państwa i obywatelską powinność pracy państwowej. Programy
polityczne Stronnictwa Pracy, które przecież istniało również w czasach Polski
Ludowej i które padło ofiarą stalinowsko-bierutowskiego terroru politycznego,
wsparte były na realizmie z jednej strony i zasadzie dobra wspólnego z drugiej.
Te dwie fundamentalne wartości bardzo nam będą potrzebne wówczas, gdy dokonamy
istotnie radykalnej rynkowej reformy gospodarczej. Sądzę więc, że efektywny
kompromis polityczny prowadzący do wyjścia kraju z ciężkiej zapaści jest możliwy
dopiero pod warunkiem normalnego układu sił politycznych w kraju. Każdy inny
kompromis będzie kompromisem rachitycznym.
- I nie obawia się Pan Profesor
zawalenia dotychczasowego systemu władzy, chaosu i powszechnej anarchii
wynikającej z braku merytorycznych rozwiązań pozytywnych?
- Nie. Bo realny, a nie
koncesjonowany pluralizm polityczny spowoduje natychmiast program pozytywny.
Dopóki dążenia polityczne społeczeństwa spychane są poza granice legalności czy
oficjalności, dominuje myślenie w kategoriach destrukcji. Z chwilą, gdy uzyskują
one oficjalną możliwość publicznego uzewnętrznienia, stają się albo
konstruktywne, albo giną. Tak jest na przykład z NZS. Młodzież akademicką,
bardzo obecnie zbulwersowaną, należy co rychlej pozyskać dla obywatelskiej pracy
dla państwa. Czy można to osiągnąć blokując rejestrację NZS i skazując dużą
część młodzieży walczącej o swoją organizację na ciągłe przepychanki z państwem?
Czy warto tę blokadę argumentować rzekomo negatywnym programem NZS? Rektor
Grzegorz Białkowski ma sto procent racji twierdząc, że tylko nie zarejestrowany
NZS prezentuje z konieczności program negatywny. Zarejestrowany zaprezentuje już
nazajutrz program pozytywny, albo - również nazajutrz - umrze śmiercią
naturalną.
- Program pozytywny jest jednak
potrzebny na szczeblu najwyższym. Na szczeblu państwa. Jak do niego dojść?
- Może być zaczątkiem takiego
programu "okrągły stół". Musi się on jednak siać stołem permanentnym.
- Permanentne gadulstwo
wielokrotnie w historii niweczyło zbożne pomysły polityczne Polaków.
- Owszem. Dlatego właśnie sądzę, że
powinno dojść do wyłonienia z "okrągłego stołu" nielicznego, ale
reprezentatywnego Komitetu Naprawy Gospodarki i Skarbu. Warto skorzystać z nauk
historii. W 1923 r. taki komitet powstał i jego efektem były reformy Władysława
Grabskiego. Szybkie reformy, co należy dziś podkreślić szczególnie. Taki komitet
powinien zostać wyposażony w rzeczywiście nadzwyczajne pełnomocnictwa.
- Czy będzie na nie społeczny
consensus?
- Skoro wszystkie siły obecnego
sporu Polaków twierdzą, że zmiany, radykalne zmiany są niezbędne, taki consensus
zapewne zaistnieje.
- Nawet za cenę dalszych
wyrzeczeń i obniżenia stopy życiowej?
- Myślę, że jeśli nie będzie innych
wyjścia to tak. Bo tak realnie rzecz biorąc, na consensus jesteśmy skazani.
Kilka tygodni temu powiedziałem w Paryżu, w wywiadzie dla katolickiego dziennika
"La Croix", że strajki wybuchną ponownie ze zdwojoną siłą, gdy nie dojdzie do
kompromisu politycznego i consensusu, i gdy ten nie zapewni zdrowej gospodarki
rynkowej, wolnej od politycznej supremacji obu stron.
- Ta supremacja jest jednak
cechą systemu.
- I od niej trzeba odejść, podobnie
jak odeszliśmy od wielu nie sprawdzających się w życiu cech i dogmatów systemu.
Ekonomika musi przestać wreszcie podlegać ideologii. Fabrykami państwowymi czy
spółdzielczymi muszą kierować fachowcy, a nie politycy. Zwłaszcza nie tacy
politycy, których jedyną polityką jest posiadanie koneksji w centralach
przydzielających surowce do produkcji oraz dobrych układów w komitetach
tłumaczących słabości czynnikami obiektywnymi. Postawmy wreszcie sprawę po
męsku: obecne trzęsawisko gospodarcze jest w prostej linii wynikiem dominacji,
przez cały powojenny okres, ideologii nad ekonomią. Z tą niedobrą i kosztowną
dla narodu tradycją trzeba skończyć, o ile chcemy, oczywiście, wydostać się z
tego trzęsawiska.
- Niedawno z trybuny sejmowej
zgłosił Pan Profesor propozycję spotkania gen. Wojciecha Jaruzelskiego z Lechem
Wałęsą. Reakcja Izby nie była aprobująca.
- Część Izby z pewnością nie.
Niektórzy w czasie mojego przemówienia śmiali się. Bóg z nimi, gdyż okazuje się,
że nie do wszystkich dociera tempo zmian w świadomości i postawach stron
polskiego konfliktu, jak również tempo grzęźnięcia w kryzysie. Jego rozległość,
czas trwania i paląca potrzeba przełomu nie ma precedensu w historii PRL.
Dlatego też sądzę, że każda próba niekonwencjonalnych remediów na obecną
sytuację, każda próba dochodzenia do kompromisu w żywotnych dla państwa i narodu
sprawach, rodzi nadzieję i powinno się z niej skorzystać. Zgłosiłem tę
propozycję w najgłębszym przekonaniu, iż spotkanie przewodniczącego Rady Państwa
z pierwszym w naszych dziejach laureatem Pokojowej Nagrody Nobla może poderwać
naród do wielkiego wysiłku. Jako obywatel tego kraju, poseł na Sejm, historyk
wreszcie, mam prawo sądzić, że takie spotkanie zaowocowałoby wzrostem Polski w
siłę i znaczenie, zdziwieniem obcych i otwarciem wielkiej nadziei dla samych
Polaków. Że byłoby początkiem epokowego przełomu, którego należy wreszcie
dokonać. Społeczny bezruch, stanie w miejscu jest o wiele bardziej niebezpieczne
niż wyprzedzanie sytuacji mądrymi, odważnymi rozwiązaniami politycznymi i
ekonomicznymi.
27 września 1988 r.
< powrót do: publikacje