
1981
"Życie Literackie" nr 22, 31.05.1981
Nie mnóżmy uniwersytetów z nazwy
W minionym dziesięcioleciu
zwłaszcza po utworzeniu 49 województw, w wielu z nich zaczęto na potęgę tworzyć
szkoły wyższe, bez należytych warunków ku temu, bez liczącej się w życiu
umysłowym kraju kadry naukowej. Obecnie sytuacja staje się jeszcze groźniejsza.
Już nie o wyższe szkoły pedagogiczne i filie uniwersytetów idzie przetarg, ale o
same uniwersytety. Słychać głosy domagające się uniwersytetów w Szczecinie,
Olsztynie, Białymstoku, a ostatnio, jak doniosła "Trybuna Ludu" (nr 87 z 13 IV
1981): "Na wspólnym posiedzeniu władz rzeszowskich uczelni: Wyższej Szkoły
Pedagogicznej oraz filii lubelskiego Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej
został powołany zespół roboczy wspólnej komisji WSP i filii UMCS, której
zadaniem ma być współpraca i koordynacja działań zmierzających do powołania w
przyszłości uniwersytetu w Rzeszowie".
W liście do Redakcji "Życia
Literackiego" (nr 43 z 26 X 1980) cytowałem fragmenty mojego przemówienia
sejmowego z 28 X 1978, które wygłosiłem, gdy byłem posłem w poprzedniej VII
kadencji Sejmu. Jeszcze raz proszę o ich przypomnienie. Powiedziałem wówczas:
"Dziś w wielu wręcz małych miastach, niegdyś powiatowych, rozbrzmiewa pieśń
społeczności akademickiej "Gaudeamus igitur". I ta tendencja wzrasta.
Wyprorokować nietrudno, że za lat kilka, może kilkanaście, w każdym dzisiejszym
mieście wojewódzkim będzie przynajmniej jedna uczelnia wyższa, a może i więcej.
Sytuacja ta z jednej strony cieszy, z drugiej wzbudza niepokój. Przysłowie mówi,
że gdy rzeka szeroko wyleje, płytka jest. Lękam się, że przysłowie to może
niebawem pasować, jak ulał, do sytuacji w naszym szkolnictwie wyższym. Przy
dużej liczbie uczelni zaledwie w co drugiej lub w co trzeciej znajdzie się ktoś
wybitny, kto w danej dyscyplinie wiele znaczy. I tylko tam, przy takimi uczonym
rozwinie się środowisko i zapanuje właściwy klimat naukowy. Stąd też, minio
równoważności dyplomów, absolwenci tych większych, bardziej centralnych,
prężniejszych uczelni będą lepiej przygotowani niż absolwenci uczelni słabych,
peryferyjnych".
I dodałem: "Nie krzywdźmy więc
absolwentów tych mnożonych szkół noszących nazwę wyższych, mają oni prawo do tej
samej wiedzy. Nie róbmy też zamieszania w kulturze i gospodarce narodowej,
wypuszczając de facto słabszych, chociaż de iure takich samych absolwentów.
Zastanówmy się również czy warto dokonywać werbalnych nobilitacji uczelni, czy
nazwanie którejś szkoły wyższej uniwersytetem lub politechniką nada jej rangę
Uniwersytetu Jagiellońskiego czy Politechniki Warszawskiej - wątpię".
Dajmy wreszcie spokój fasadowości,
nie mało było jej po wojnie. Uniwersytet Rzeszowski, czy też Uniwersytet
Białostocki byłby nowym jej przejawem. Powiedzmy szczerze, bez lokalnych
przewrażliwień, wiele wody w Wiśle upłynie, zanim dwa najnowsze uniwersytety
polskie, w Gdańsku i na Śląsku, mimo ich ogromnych osiągnięć dorównają
prężnością naukową, środowiskiem intelektualnym i atmosferą twórczą
Uniwersytetowi Warszawskiemu lub Jagiellońskiemu.
Zamiast tworzyć nowe politechniki,
WSP, nowe uniwersytety, stwórzmy lepiej realne możliwości większej liczbie
młodzieży w naszych renomowanych uczelniach wyższych. Rozbudujmy te uczelnie, a
nie ograniczajmy ich rozwoju. Zwróćmy uwagę na domy akademickie których brakuje,
a które umożliwiłyby studia m.in. w Warszawie, w Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu
młodzieży z dalekiej prowincji, dając jej efektywne uniwersyteckie
wykształcenie. Tańsze to się okaże w dzisiejszej trudnej sytuacji ekonomicznej
kraju, przede wszystkim społecznie i intelektualnie bardziej korzystne, aniżeli
tworzenie nowych tylko z nazwy uniwersytetów.
Piszę te słowa dzisiaj, gdyż
eskalacja faktów pozornych na polu na polu organizacji nauki, tak typowa dla
minionego okresu, znowu daje o sobie znać. A wydawać by się mogło, że po lecie
1980 będzie to już niemożliwe.
RYSZARD BENDER
< powrót do: publikacje