
1981
"Tygodnik powszechny" nr 2, 11.01.1981
Rozmowy o KUL-u
Mówi prof. dr hab. Ryszard Bender Kierownik Katedry Historii Nowożytnej KUL
JACEK SUSUŁ.: Panie Profesorze,
kieruje Pan katedrą w uczelni, która utrzymała swoją autonomię i samorządność
jako jedyna w kraju. Ma to zapewne związek i z katedrami, rzadkością dziś w
uczelniach?
RYSZARD BENDER: W pytaniu tym
zawarta jest już odpowiedź. Kieruję I Katedrą Historii Nowożytnej, jedną z wielu
w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. KUL zachował bowiem w swej strukturze
katedry. Nie przekształcił je w zakłady, podlegle w sposób scentralizowany
instytutom. Katedry utrzymały również Akademia Teologii Katolickiej i
Chrześcijańska Akademia Teologiczna w Warszawie. W innych uczelniach, poza
artystycznymi, pozostały one już tylko w formie reliktowej.
J.S.: Pozostawienie katedr we
wspomnianych uczelniach to przemyślana, dalekowzroczna decyzja. Dziś znowu w
środowisku naukowym wzdycha się do katedr.
R.B.: Tak bym odczytał artykuł
prof. dra Juliusza Bardacha, zamieszczony w nr 38 "Polityki" 20 IX 1980r. Autor,
wspominając czasy, gdy w uczelniach krajowych - podobnie jak dziś w KUL-u i obu
akademiach teologicznych - funkcjonowały katedry, trafnie, z sentymentem
zauważa: "...przedtem kierownik katedry mianowany na czas nieokreślony mógł mieć
poczucie pewnej samodzielności w stosunku do władz uczelni i resortu".
J.S.: Zapytanie, czy w imię
uniformizmu nie podejmowano prób upodobnienia struktury organizacyjnej KUL do
obowiązującej w innych uczelniach?
R.B.: Nic mi o tym nie wiadomo. Nie
jestem zresztą rektorem. W Senacie Akademickim nie zasiadam od pięciu lat.
Najważniejsze w moim przekonaniu, że pozostaliśmy przy systemie niezależnych
katedr. Jest to zasługą całego środowiska akademickiego KUL i jego władz. Mogę
natomiast nadmienić, że i w KUL-u byli profesorowie, byli koledzy, na szczęście
nieliczni (nomina sunt odiosa), którzy epatowali siebie i innych reorganizacją
struktur uczelni krajowych. Nie byli oni przeciwni powstaniu instytutów,
eliminujących katedry, także i w KUL-u. Na szczęście nie doszło do tego.
J. S.: Kierownika katedry kto powołuje w KUL-u?
R. B.: Senat Akademicki na wniosek Rady Wydziału.
J. S.: Kto wchodzi w skład Senatu Akademickiego
KUL?
R. B.: Zgodnie ze statutem rektor i
prorektor, przewodniczący Senackiej Komisji Dyscyplinarnej dla Spraw Studentów,
a także dziekani i prodziekani wydziałów: Teologicznego, prawa Kanonicznego,
Filozofii Chrześcijańskiej, Nauk Humanistycznych. Tak rzecz ma się obecnie.
Wcześniej w Senacie Akademickim KUL zasiadał również dziekan oraz prodziekan
Wydziału Prawa i Nauk Społeczno-Ekonomicznych. Wydziału tego obecnie nie ma. Nie
został on jednak nigdy zlikwidowany. Na podstawie jedynie zarządzenia Ministra
Oświaty z 23 VI 1949. KUL był zobowiązany wstrzymać rekrutację na I rok studiów
prawniczych i społeczno - ¬ekonomicznych. W efekcie z końcem roku akademickiego
1951/52 Wydział Prawa i Nauk Społeczno-Ekonomicznych przestał funkcjonować.
Przed wojną i po wojnie wydział ten wykształcił wielu wybitnych prawników i
ekonomistów, czynnych do dziś na ważnych stanowiskach w naszym państwie.
Po październiku 1956 r., dzięki
zabiegom ówczesnego rektora KUL ks. prof. dra Mariana Rechowicza, obecnie
biskupa w Lubaczowie, uzyskane zastały obietnice władz państwowych, dotyczące
reaktywowania tego wydziału. Na obietnicach się jednak skończyło. Dziś cala
społeczność akademicka KUL żywi nadzieję, iż w atmosferze umowy społecznej
zapoczątkowanej na Wybrzeżu, również i KUL odzyska swój dawny Wydział, tak
bardzo potrzebny jemu i krajowi.
J.S.: Czy wszystkie władze KUL pochodziły zawsze
i pochodzą z wyboru?
R.B.: Tak było przed wojną, po
wojnie, tak jest po dzień dzisiejszy. Kierownika katedry powoływanego przez
Senat Akademicki wybiera Rada Wydziału, Członkowie Rady Wydziału, profesorowie i
docenci wybierają wspólnie dziekana i prodziekana wydziału. Rektora i prorektora
wybiera z kolei Senat Akademicki KUL. On też wybiera i przyjmuje do swego grona
przewodniczącego Senackiej Komisji Dyscyplinarnej dla Spraw Studentów.
J.S.: Tych wybieralnych władz zabrakło w
ostatnich latach w innych uczelniach.
R.B.: Brakowało ich od 1968 r., tj.
od momentu nowelizacji ustawy o szkołach wyższych z 1958 r. Wówczas to
podporządkowano środowisko naukowe władzom uczelnianym, pochodzącym z nominacji,
a nie z wyboru korporacji akademickiej. Odtąd rektorów powoływał minister,
dziekanów, prodziekanów i dyrektorów instytutów - rektor. Zerwano nawet z
pozorami samorządności uczelni. Nowela bowiem z 1968 r. stwierdzała bez ogródek,
iż "Senat jest organem doradczym i opiniodawczym rektora".
J.S.: Rektorami z kolei,
postawionymi ponad Senatem, zostawać mogli po 1968 r. również docenci.
R.B.: Rzeczywiście, wspomniana
nowela możliwość tę stwarzała i tak też się niejednokrotnie działo. Tragizm
sytuacji i komizm jednocześnie pogłębiał fakt, iż w tym samym czasie władze
państwowe mianowały kilkuset docentów, bez uprzedniej habilitacji, tzw. z
awansu, o których niekiedy niskich kwalifikacjach krążyło i krąży w kraju wiele
dowcipów i anegdot. Ci ludzie ujmowali z czasem w swoje ręce tzw. administrację
naukową różnych szczebli, w tworzonych wtedy na potęgę różnych szkołach
wyższych.
J.S.: Czy w. kołach naukowych
nie dostrzegano w tamtym czasie niebezpieczeństwa, jakim ten stan rzeczy groził
dla nauki i życia umysłowego w Polsce?
R.B.: Oczywiście, że dostrzegano,
tylko że nader rzadko dawano temu wyraz w sposób publiczny. W artykule Jerzego
Surdykowskiego, zamieszczonym w nr 39 "Życia Literackiego" 28 IX 1980 r.
przeczytałem, iż w Uniwersytecie Jagiellońskim pracowano nad projektem zmian w
statusie wyższych uczelni. Z projektem tym potrafiono dotrzeć do obu kolejnych
ministrów Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki. Rezultat jednak był żaden. A
poza tym kto o tych poczynaniach wiedział? Wąskie grono osób wtajemniczonych.
Taka była rzeczywistość przed lipcem i sierpniem 1980 r.
J.S.: Pan Profesor zasiadał
przez cztery lata, do wiosny 1980 r. w Sejmie VII kadencji. Czy dały tam się
słyszeć głosy, dotyczące potrzeby przywrócenia wpływu samej korporacji
akademickiej na sprawy uczelni i nauki polskiej?
R.B.: W Sejmie wspomnianej kadencji
zasiadało wielu profesorów z renomowanych uczelni, członków PAN z jej
wiceprezesem włącznie. W Komisji Nauki i Postępu Technicznego, do której prawie
wszyscy należeliśmy, owszem, w dyskusjach parokrotnie zbliżaliśmy się do tego
problemu, nigdy jednak nie konkretyzując go.
J.S.: A czy w czasie plenarnych
obrad Sejmu poprzedniej kadencji sprawa ta wypłynęła?
R. B.: Tak. Podniosłem ją samotnie
trakcie 19 posiedzenia Sejmu, w dniu 26 X 1978 r. i... nikt mnie nie poparł.
Powiedziałem wówczas, iż rzeczą pilną stało się obecnie "...przywrócenie pełnej
lub znaczne rozszerzenie dotychczasowej szczątkowej, bo tak w rzeczywistości
rzecz się ma, autonomii uniwersyteckiej i akademickiej. Niechże o tym, kto i jak
długo ma być profesorem decydują sami uczeni, a nie tzw. naukowa administracja
uczelni. Ta już teraz nie zawsze, ale nierzadko wyłania się w drodze negatywnej
selekcji. Rektorów udaje się jeszcze resortowi powołać jak najlepszych, ale
schodząc w dół drabiny hierarchii uczelnianej nie jest to już rzeczą prostą.
Stąd też administrację uczelnianą przejmują coraz częściej ludzie, dla których
urzędowanie, a nie twórczość naukowa, ta faktyczna, a nie pozorna - staje się
celem. Nie trzeba zgadywać, że tacy ludzie nie kiwną palcem, by skupić w uczelni
autentycznych uczonych. Naturalnie sprawozdawczo, na papierze, wszystko będzie w
porządku i pięknie. O ile autonomią, o której wspomniałem, nie można jeszcze
objąć wszystkich szkół wyższych, to przynajmniej zapewnijmy ją najświetniejszym
naszym uczelniom. Niech one posiadają również autonomię, chociażby częściową, w
programowaniu badań naukowych, zgranych naturalnie z planami ogólnopaństwowymi.
Na tym nauka polska nie straci. Zyska."
J.S.: Jakie inne jeszcze problemy eksponował Pan
w tym przemówieniu?
R.B.: Proszę pozwolić, że znowu
posłużę się cytatem. Stwierdziłem: "Dziś w wielu wręcz małych miastach, niegdyś
powiatowych, rozbrzmiewa pieśń społeczności akademickiej "Gaudeamus igitur". I
ta tendencja wzrasta. Wyprorokować nietrudno, że za lat kilka, może kilkanaście,
w każdym dzisiejszym mieście wojewódzkim będzie przynajmniej jedna uczelnia
wyższa, a może i więcej. Sytuacja ta z jednej strony cieszy, z drugiej - wzbudza
niepokój. Przysłowie mówi, że gdy rzeka szeroko wyleje - płytka jest. Lękam się,
że przysłowie to może niebawem pasować, jak ulał, do sytuacji w naszym
szkolnictwie wyższym. Przy dużej liczbie uczelni zaledwie w co drugiej lub w co
trzeciej znajdzie się ktoś wybitny, kto w danej dyscyplinie wiele znaczy. I
tylko tam, przy takim uczonym rozwinie się środowisko i zapanuje właściwy klimat
naukowy. Stąd też, mimo równoważności dyplomów, absolwenci tych większych,
bardziej centralnych, prężniejszych uczelni będą lepiej przygotowani niż
absolwenci uczelni słabszych, peryferyjnych.
Tam, na prowincję, tych wybitnych
uczonych nie skierujemy. Resorty, Polska Akademia Nauk będą zabiegać o ich
zatrzymanie w ośrodkach większych. Nie krzywdźmy więc absolwentów tych mnożonych
szkół noszących nazwę wyższych, mają oni prawo do tej samej wysokiej wiedzy. Nie
róbmy też zamieszania w kulturze, gospodarce narodowej, wypuszczając de facto
słabszych, chociaż de jure takich samych absolwentów.
Zastanówmy się również, czy warto
dokonywać werbalnych nobilitacji uczelni, czy nazwanie którejś szkoły wyższej
uniwersytetem lub politechniką nada jej rangę Uniwersytetu Jagiellońskiego czy
Politechniki Warszawskiej - wątpię.
Tam też głownie, w tych prężnych
ośrodkach naukowych mogą się rozwijać spokojnie i kwitnąć badania podstawowe. Te
stają się niestety już niekiedy marginesem. Bez nich jednak może się rozwijać
tylko twórczość naśladowcza, kompilacyjna, krótkowzrocznym utylitaryzmem dusząca
"bardziej twórczą myśl".
J.S.: Kto w obecnej kadencji
wystąpił to Sejmie z podobnymi problemami? Dzisiaj głośno już o nich, chociażby
na łamach prasy.
R.B.: Jak dotąd nikt. Nie dotarła
do mnie żadna wiadomość na ten temat. A ze zrozumiałych względów, jako były
poseł, wytężam słuch, by usłyszeć możliwie wszystko, co się w sali sejmowej
dzieje, do lipca i sierpnia br. raczej zacisznej. W materii jednak dotyczącej
przywrócenia pełnej samorządności akademickiej ciszy tej nie przerwano. Trwa
nadal, Czym to tłumaczyć? Naprawdę nie wiem.
Rozmawiał JACEK SUSUŁ
< powrót do: publikacje