
Tadeusz Żukowski, Niewola, tułaczka, wojenka…
(z Ignacym Benderem we Włoszech - Monte Cassino. Apeniny - Virtuti Militari)
"Magazyn Wileński" 2002 nr 2, s. 39-48.
WŁOCHY. 13 grudnia 1943 roku
wylądowaliśmy w Toranto we Włoszech. Dzień był bardzo smutny, niebo ciemne,
jakby w jakiejś żałobie. Zeszliśmy z okrętu i maszerowaliśmy około 6 - 7
kilometrów, do jakiegoś sadu oliwkowego. Tam wydano nam dwuosobowe namioty.
Ziemia była wyboista i bardzo kamienista, z trudem ustawialiśmy te namioty. Noce
były bardzo wilgotne. Miałem pod opieką swój rkm, który rdzewiał za jedną noc. A
wymogi były takie, że zawsze musiał być lśniący. Owijałem go w plandekę
nieprzemakalną, ale i to niewiele pomagało. Pewnego razu wichura zerwała wiele
namiotów, w tym też mój, który dzieliłem z Ignacym Benderem.
Zbliżały się Święta Bożego
Narodzenia. Szef kompanii zaproponował zbiórkę na zakup prosiaka.
Przeciwstawiłem się i powiedziałem wprost, że najlepsze kawałki pójdą do kasyna
oficerskiego, a my mamy za to zapłacić? Był to mój pierwszy konflikt z dowódcą,
kapitanem Rogowskim.
Tymczasem czekaliśmy na ciężki
sprzęt wojskowy, samochody etc. Do obozu skradali się Włosi, miejscowi
mieszkańcy przynosząc na sprzedaż swoje wino. Nie bardzo nam smakowało - kwaśne,
cierpkie jak ocet. Mimo to kupowaliśmy je. Chłopaki nawet urządzali zawody: kto
wychyli całą butelkę jednym haustem. Ten, komu się to udawało, za wino nie
płacił, ale potem musiał to odchorować.
Po Świętach doczekaliśmy się
sprzętu. Załadowaliśmy wszystko na duże ciężarówki i wyruszyliśmy gdzieś nad
rzekę Sandro, zamienić stacjonujących tam Anglików. Wysiadamy w miasteczku na
placu, a wokół żywego ducha nie ma, jakby wszyscy mieszkańcy wymarli. W pierwszą
niedzielę wszyscy wyruszamy do kościoła, ulokowanego na najwyższym wzniesieniu w
miasteczku. Chłopcy, stęsknieni za prawdziwą Mszą św. w kościele, modlą się
gorliwie i, oczywiście, nie żałują na ofiarę. Na tacy złożyli górę pieniędzy.
Ksiądz był wyraźnie zaskoczony. O gorliwej modlitwie i hojności Polaków
zawiadomił gminę przy kościele, a stamtąd cała delegacja przyszła do naszego
dowództwa. Po pierwsze - z podziękowaniem; po drugie - z wyjaśnieniem. Okazuje
się, że to odjeżdżający Anglicy nastraszyli nami miejscową ludność: jakoby
jesteśmy tacy i owacy, prawie barbarzyńcy.
Od tego czasu wszystko się
zmieniło. Mieszkańcy nam zaufali, nawet polubili, szukali naszego towarzystwa,
zawsze gotowi przyjść nam z pomocą. A siostry zakonne dziergały nam ciepłe
czapki na drutach.
Pewnego dnia dowódca na zbiórce
ogłosił, że nasz pierwszy pluton, pełniący służbę przy tunelu, ma trudności z
wyżywieniem. Zbyt obfite śniegi odcięły ich od świata i nie ma żadnej możliwości
dotrzeć do nich. Wpadłem na pomysł, aby w tym celu wykorzystać muły wypożyczając
je od mieszkańców. Wyprosiłem jednego z nich o udostępnienie swych zwierząt. Nie
chciał, mówił, że to niemożliwe, ale w końcu zgodził się pod warunkiem, że
pojedzie również sam. Brnęliśmy 3 kilometry po pas w śniegu. W pewnym miejscu
nawet muł ugrzązł... Gdy go odkopaliśmy, solidnie kopnął właściciela. Do kolegów
jednak z żywnością dotarliśmy. Po kilku dniach zostałem odznaczony w rozkazie
batalionu. Moją smykałkę i przysługę wysoko ocenił dowódca. Było to moje
pierwsze wyróżnienie, czułem się naprawdę zaszczycony.
Pewnego razu nasz pluton wyruszył
na patrol w poszukiwaniu niemieckiego obserwatora. Dojeżdżamy do rzeki Sango,
saperzy przewożą nas na drugi brzeg. Dźwigam swój rkm - ciężki i niewygodny do
noszenia. Idziemy stale pod górę. Teren górzysty, wszystkie budynki w okolicy
mają pozrywane dachy z sufitami, by nikomu nie dawać schronienia. W pewnym
momencie zapaliłem papierosa. Porucznik kazał mi natychmiast go zgasić.
Dlaczego? - pytam. "Bo Niemcy mogą nas zauważyć" - odpowiada. Obróciłem to w
żart, ponieważ był biały dzień: nas nie widzą, a papieros zauważą. Koledzy
zaczęli śmiać się do rozpuku, co porucznikowi bardzo się nie spodobało.
Naraziłem się mu kolejny raz. Idziemy dalej... Góra, z której mamy zejść,
okazuje się bardzo stroma. Porucznik zaczął się zastanawiać, co tu robić. Zejść
na nogach po takiej pochyłości jest sprawą niemożliwą. Mimo że dowódca dąsa się
na mnie, odzywam się do niego z nieco nagraną grzecznością: "Jeżeli pan
porucznik pozwoli, to zjedziemy sobie na... dupie". Dziwnie, ale od razu zgodził
się. Sam poszedłem na pierwszy ogień. Usiadłem na skraju i, hamując nieco
nogami, szybko z wiatrem przemknąłem po stromym zboczu, okazując się hen daleko,
na dole. Inni poszli za moim przykładem. I nikt jakoś karku sobie nie złamał,
nawet porucznik, mimo że zjazd był rzeczywiście karkołomny. Dalej czekały na nas
samochody. Wróciliśmy do kwater zmoknięci, zmęczeni. To był mój pierwszy patrol,
w czasie którego spodziewałem się spotkać nareszcie jakiegoś Niemca. Nie udało
się.
... Kolejny raz wychodziliśmy na
patrol i żegnający nas pułkownik krzyknął nam coś w ślad, co posłyszałem jako
"złamcie nogę". Odwróciłem się na pięcie i niefrasobliwie krzyknąłem: "Obie,
panie pułkowniku! Nawzajem". Tak ponownie trafiłem na "złą listę".
Takie to było moje zapoznawanie się
z wojenką we Włoszech. Tylko Niemców wciąż ani widzieliśmy, ani słyszeliśmy.
Spotkało mnie tu wiele różnych przygód, nie zawsze miłych. Często narażałem się
przełożonym. Nie umiałem trzymać język za zębami. Odgryzałem się każdemu,
niezależnie od stopnia i stanowiska. Na złośliwość przełożonych odpowiadałem
złościwością czasem trzykotnie większą. Nudziła mnie też ta bezsensowna "walka"
z wciąż niewidocznym wrogiem. I oto pewnego razu, w czasie odpoczynku, we trójkę
z kolegami - same "zuchy", uradziliśmy: trzeba przekraść się na drugi brzeg
rzeki i schwytać nareszcie choć jednego Niemca. Jak postanowiliśmy, tak i
zrobiliśmy, ale przygoda zakończyła się dla nas bardzo smutno. Za rzeką ujęli
nas Anglicy i odstawili do naszej żandarmerii jako... dezerterów. Na nasze
szczęście, do jednego z nas, prawosławnego, przyszedł pop. Wysłuchał naszej
namiętnej opowieści, uwierzył w nasze motywacje i poruszył niebo i ziemię, by
nas uwolnić. Do dziś jestem mu wdzięczny, że mogłem powrócić wówczas do
jednostki. Niedługo potem wyruszyliśmy pod Monte Cassino.
MONTE CASSINO. Klasztor był
widoczny z oddali. Wyglądał jak kupa ruin, która jeszcze oddycha, żyje. Już
podjeżdżając słyszeliśmy huk ciężkiej artylerii. Później jadąc przez jej
stanowiska wpatrywaliśmy się w mury, które mamy zdobywać. Mówiono nam, że przed
Polakami byli tu już Amerykanie, Nowozelandczycy, Francuzi, Hindusi, Gokhowie i
inni. Nie dali rady. Oni nie podołali, a my mamy podołać? Była niepewność, były
różne myśli, żarty ustały, wszyscy milczeli, każdy myślał o swoim. Jedziemy pod
siatkami maskującymi, jak w tunelu. Po bokach widzimy bezużyteczne już
niemieckie "pilboksy", czołgi zakopane aż pod samą wieżyczkę z obracającą się
lufą. Dojeżdżamy do końca drogi, zaczyna się góra. Wysiadamy, ustawiamy się
drużynami, obciążeni żywnością na kilka dni. Zaczynamy powoli wspinać się po
ścieżce, która ostro pnie się pod górę. Po lewej stronie widnieje kilka czołgów,
które zsunęły się w przepaść.
Byłem, jak zwykle, obciążony także
rkm’em, do tego sześć magazynków - ledwo dawałem sobie radę. Chcąc nieco sobie
ulżyć, uczepiłem się ogona muła, ale porucznik zabronił: "Żukowski! Zostaw
ogon". No to zostawiłem. Dotarliśmy do niewielkiej doliny, gdzie rozlokowano
magazyny polowe. Wszystko przywieziono na mułach, a prowadzili je młodzi
Cypryjczycy. Dolina była stale ostrzeliwana przez Niemców z moździerzy. Były
straty: i w ludziach, i w zwierzętach, wiele mułów leżało pozabijanych, fetor
okropny. Tu nabraliśmy granatów, kto ile mógł udźwignąć i... dostałem odłamkiem
moździerza - w obcas buta. "Ty, Tadeusz, jesteś szczęśliwy, nie zginiesz na tej
wojnie" - proroczo powiedział mi wówczas nasz sanitariusz. Był wyznania
prawosławnego, nazywaliśmy go Jefimuszka.
... Z dużej doliny-miski wychodzimy
do pozycji wyjściowej. Po drodze, każde sto metrów są niewielkie bunkry z
kamienia, w których dyżuruje po dwóch "noszowych". Podziwiałem odwagę tych
ludzi. Moim zdaniem, byli to najbardziej bohaterscy żołnierze, czynili cuda przy
wynoszeniu rannych. Przecież niosąc nosze z rannym nie mogli przy obstrzałach
paść na ziemię, nie mogli się czołgać, a moździerze strzelały do nich dzień i
noc bez przerwy... Musimy pnąć się pod ostrą górę, prawie na czworakach, ładunek
na plecach ciąży niesamowicie, wyprostować się nie sposób, bo ciężar pociągnie
człowieka do tyłu. Powoli zbliżamy się do domku doktora. Przed nim trzeba
przejść przez niewielką bramę. Trzeba ją szybko przeskoczyć, bo jest widoczna z
klasztoru jak na dłoni i Niemcy stale ją ostrzeliwują. Wokół gwiżdżą fruwające
moździerze. Obaj z Ignacym w pewnej chwili padamy za duży kamień i w tej samej
chwili uderza w niego pocisk. Myślę - już po mnie. Wycieram zachlapane ziemią
oczy i stwierdzam, że jednak nic ze mną nie jest. Zamiast dalej ryzykować
przejście przez tę niebezpieczną bramę - przeskakuję przez parkan i już. Od
domku doktora skręcamy w prawo, w kierunku Mas Albaneta, bliżej tak zwanej
"głowy węża". Minęliśmy pozycje karabinów maszynowych, posuwając się ścieżką
wymierzamy każdy krok, by nie zboczyć z niej, bo mogą być miny. Staram się
jednak iść szybciej, jeszcze szybciej... W pewnym momencie zauważam, że wokół
mnie nie ma nikogo. Co to ma znaczyć? Padam na ziemię, rozglądam się - nikogo.
Może za daleko już zaszedłem? Co robić? Zaczynam czołgać się do tyłu - 100, 150
metrów, może więcej... Przed sobą ujrzałem jakiś ruch. "Jasiu! - wołam do
naszego kaprala - nie strzelajcie, to ja, Żukowski". Szczęśliwie odnalazłem
swoich. W tym miejscu nasza kompania miała się okopać, przygotować pozycję
obronną. Rozdano nam worki, które należało zapełnić ziemią. A tu ziemi jak na
lekarstwo. Z trudem napełniłem swój worek drobnymi kamieniami zajmując
stanowisko przy niewielkim krzaczku...
Co wieczór oficer zaopatrzeniowy
Nikoń dostarczał nam prowiant i wszystko, co było niezbędne. A najbardziej
potrzebowaliśmy wody. Zawsze zaś jakimś cudem mieliśmy "na kolację" gorący
posiłek. I w ogóle nasz Nikoń, narażając swe życie, dwoił się i troił, by nam
niczego nie brakowało.
Nie wiem, co się stało z naszym
kapitanem Rogowskim. Nie było słychać, żeby zginął. Mówiono, że potłukł sobie
palce o kamienie. Ale więcej już go nie widzieliśmy. Pamiętam, jak się męczył
jeden z podchorążych trafiony odłamkiem w brzuch. Zmarł tylko gdzieś po
godzinie. Rannych również zabierano dopiero wieczorami, szybko i cichutko przy
tym się krzątając. Trochę oberwałem również ja: mały odłamek z moździerza wbił
mi się pod łopatkę. Pozostawałem jednak na stanowisku. Dopiero po paru dniach
kapral wyjął mi ten odłamek z rany. Dziwnie, ale w czasie tej walki otrzymaliśmy
rozkaz spisać rozmiary naszych czapek, żeby furażerki zamienić na berety.
Niektórzy zginęli już po pięciu minutach od podania do spisu rozmiaru swej
czapki...
18 maja z rana nastąpiła absolutna
cisza. Nikt wokół nie strzela, aż dziwnie. Wycofujemy się ze swych stanowisk pod
domek doktora, który stał naprzeciwko klasztoru. Wyprostowujemy się w pełny
wzrost, uczucie wspaniałe! Wolno idę pod mury klasztoru, co tam się dzieje? A
tam już byli nasi, kilka osób mocowało na murach chorągiew. Wokół leżą trupy
Niemców. Od dawna ich tu nikt nie zbierał i nie grzebał. Słodkawo-mdlący fetor
przenika nozdrze, przyprawiając o zawrót głowy...
Walka ustała. Powróciliśmy do
kompanii, dowództwo zostało przekazane porucznikowi Czubakowi. Zajęliśmy się
pochówkiem naszych poległych. Znosiliśmy trupy na polanę, a sanitariusze
wyjmowali z kieszeni wszystkie dokumenty, by przekazać do ewidencji. Kartki z
nazwiskami wkładano do małej butelki i kładziono przy zwłokach, które zawijano
do koca i oddawano ziemi...
Tak wyglądał mój udział - 6
batalion, 3 kompania, 3 pluton, 3 drużyna - w walce na Monte Cassino.
... A 24 maja stało się coś
niewiarygodnego. Wieczorem nie potrafiłem wstać na kolację. Prawa noga raptem
odmówiła mi posłuszeństwa. W ogóle przestałem ją czuć, podnoszę się i padam.
Zaprowadzono mnie do lekarza. Tam ogromna kolejka rannych. Lekarz każe zanieść
mnie na noszach do stacji opatrunkowej. Nie chciałem, żeby mnie niesiono, sam
przed chwilą dźwigałem zabitych, a tu mnie mają nieść? Nie! W pionowej pozycji,
oparty o ramiona kolegów dotarłem tam na jednej nodze. Zbadano mnie i odesłano
do szpitala w Compabaso. Była to jakaś nerwica, która całkowicie sparaliżowała
mi tę nogę. Już po kilku dniach odzyskałem jej sprawność i zostałem zwolniony ze
szpitala. Odwiedziłem jeszcze kilku naszych rannych i wyszedłem na miasto, by
wracać do swojej jednostki. Ale czyż można było w tamtych dniach żołnierzowi
polskiemu spokojnie przejść ulicami miasta? Każdy starał się okazać nam
wdzięczność i uznanie za Monte Cassino. Wiwatowano, ściskano, wprost na rękach
noszono. Nawet nie wiem, ile toastów zdążyłem wypić za Polaków i Polskę. Dużo
tego było, bardzo dużo, aż ocuciłem się... zamknięty w ciupie. Był już wieczór.
Zacząłem walić w żelazne drzwi, domagając się, by mnie wypuszczono. Wyklinałem
przy tym, że zamykają żołnierzy z pierwszej linii frontu, siedząc sobie w cieple
i bezpieczeństwie. Ale nikt na to nie zwracał uwagi. Dopiero nazajutrz, gdy
wytrzeźwiałem na dobre, wsadzono mnie do jeepa i odwieziono do jednostki. Po tej
przygodzie nie znalazłem w kieszeniach ani grosza ze swych oszczędności.
ADRIATYK, APENINY, ANKONA, BOLONIA. Po zdobyciu Monte Cassino i kilku tygodniach
odpoczynku - jedziemy na dalszą wojnę.
Podjeżdżamy do miasteczka Peskara,
a może Pezaro (dziś już nie pamiętam). Nasz pluton zostaje skierowany na
niewielkie wzgórze... Wchodzę do pustej willi, stawiam rkm na parapecie okna z
ulgą, że chociaż na chwilę pozbędę się ciężaru. Tymczasem dowódca kompanii woła:
"Żukowski! Zabieraj stąd karabin, masz się z nim okopać!" Próbuję protestować:
"Ależ panie poruczniku, po co? Przecież długo tu nie będziemy!". Ale nic z tego.
Rozkaz. Wyszedłem. Podgarnąłem lekko trochę ziemi przed sobą i położyłem się.
Nie minęło i pół godziny, kapral woła drużynę na patrol - no i moje stanowisko –
na nic! Chodzimy po miasteczku jak cienie. Po jakiejś godzinie, nie znajdując
nigdzie nieprzyjaciela – powracamy do kompanii. I tak, co jakiś czas, wychodzimy
na patrole.
...Idziemy w odstępie pięciu metrów
od siebie po obu stronach szosy. Dochodzimy do wsi, wychodzą Włosi i "viva
liberatory", oczywiście z butelkami wina.
...Zatrzymujemy się i odchodzimy od
szosy w lewo, do brzegu rzeki, tam w zaroślach ustawiam swój karabin i czekam w
ukryciu. Przed nami tę rzekę forsował już 5 batalion, ale dostał mocno w skórę,
stracił kilku żołnierzy. Nam się poszczęściło, przeszliśmy rzekę bez żadnych
komplikacji.
Wybiegło do nas kilka Włoszek, wołając "polacco, polacco". Okazało się, że tu
kilku żołnierzy z 5 batalionu znalazło ukrycie. Miejscowość nazywała się Porto
Civitanowa, pamiętam dokładnie, bo właśnie tam znalazłem swoją pierwszą żonę. W
pościgu za Niemcami, zmieniając 5 batalion maszerowaliśmy około półtora
tygodnia. Ludność wszędzie witała nas owacyjnie, z radością - i oczywiście...
winem, w które były zasobne tutejsze piwniczki. Powracamy do Porto Civitanowa,
tam biwakujemy w jakimś pustym magazynie. Pewnego razu po zajęciach poszliśmy na
wino do Alta Civitova. Przychodzimy do Włocha, pijemy wino, a on pyta, czy
chcemy sinioriny? Ależ tak – odpowiadamy i jego żona poszła po dziewczynę.
Weszła młodziutka panienka, nawet nie zdążyła zamknąć za sobą drzwi, jak ją
zapytałem, czy zechce wyjść za mnie za mąż? Tak mnie z miejsca oczarowała. O,
dziwo, ona odpowiedziała: "TAK"!
(...) Po jakimś czasie jazda do
przodu, znowu w nieznane – w pewnej miejscowości wysiadamy i dalej idziemy już
na piechotę, podchodzimy pod jakieś miasteczko. Nasz pluton liczył wtedy tylko
15 ludzi i mieliśmy nowego dowódcę, podporucznika Błahuta. To człowiek, jakich
mało. Był wspaniałym dowódcą i naszym przyjacielem. Już wiadomo, że Niemcy są
blisko. Ostrożnie więc idziemy po głównej ulicy, niemal przyklejeni do ścian. W
miasteczku nie zastaliśmy jednak ani żywego ducha – powoli więc wycofaliśmy się
z powrotem. Innym razem na jednym podwórku zastaliśmy kilku Włochów, pytamy o
Niemców – mówią nam, że się wycofali, a nasz kapral, nie wiedzieć czemu, wyciąga
pistolet rakietowy i strzela o pomoc artyleryjską. Nie upłynęło kilku minut, jak
Szwaby wystrzelili ku nam trzy pociski z moździerza, które zabiły dwie kobiety i
raniły żołnierza nazwiskiem Paszkiewicz. Gdy opadł kurz, spostrzegłem rannego u
wejścia ku piwnicy. Kapral się wycofuje porzucając rannego. Spostrzegłem obok
wózek na którym złożono ciała dwóch zabitych kobiet. Nie namyślając się wiele,
podnoszę rączki wózka do góry, zwłoki ześlizgują się, na opróżniony wózek ładuję
rannego, ciągnę go, a reszta drużyny - jakieś sto metrów przede mną. Udało mi
się samemu uratować kolegę.
Na drugi dzień znowuż idziemy do
przodu. Moja drużyna okupuje miasteczko. Pozycje w odległości dwieście metrów.
Po jakimś czasie posuwamy się dalej, na skrzyżowaniu – miny, saper przestrzega,
byśmy się usunęli, bo on będzie rozbrajał. Po chwili ku naszemu przerażeniu
widzimy unoszący się dym. Po saperze znaleźliśmy tylko połowę jednego buta...
Po kilku tygodniach - znowu na
odpoczynek. I tak się wojuje(...)
Dotarliśmy do Loretto, było ono już
wyzwolone od Niemców. Nacieramy dalej, stoimy na pozycji aż do świtu. Przy
dziennym świetle widzimy przed sobą duże wzniesienie, pokryte zaroślami i
zabudowaniami, skąd Szwaby mogły nas widzieć jak na dłoni. Zaczynamy posuwać się
do przodu, jak zawsze, powoli i ostrożnie. Wychodzimy z sadów na polanę i tu -
nawała moździerzy. Padamy z pragnieniem, by się ziemia pod nami rozstąpiła.
Jeden podchorąży został trafiony i poważnie raniony, noszowi zabrali go do tyłu
- a my nadal do przodu. Powoli docieramy do wielkiej obory, pełnej niemieckiego
chleba, tam znalazłem mały bagnecik ze znakiem "Hakenkreutz".
Posuwamy się dalej, wchodzę do
willi - pusta. Kieruję się po schodach do piwnicy, a tu krzyk: "Nie strzelaj! Ja
Polak!". A ja na to: "Ręce do góry i wychodź!". A z piwnicy dochodzi głos: "Ale
nas tu jest trzydziestu kilku". Mnie aż portki zatrzęsły się ze strachu. Ale nie
tracę rezonu - wołam na całe gardło: "Józek, Stasiek, do mnie z bronią gotową do
strzału!" - a do piwniczki krzyczę: "Jesteście okrążeni, gdy się kto ruszy -
wystrzelamy. Wychodzić pojedynczo, ręce do góry!". Kazałem temu Polakowi ustawić
jeńców niemieckich czwórkami - i tak sam doprowadziłem jeńców do kompanii. Tu
akurat był reporter z Londynu i w jakiś czas później ukazał się artykuł w prasie
o tym niezwykłym wydarzeniu, ale jak to zwykle z dziennikarzami bywa - całą
glorię przypisał … porucznikowi!
… Przyszła kolei na Ankonę,
nacieraliśmy od strony prawej, od gór, ażeby odciąć Niemcom drogę ucieczki. Gdy
doszliśmy do naszego miejsca wyjściowego - Ankona została już zdobyta, a nas
skierowano na kwatery. Mojej kompanii przydzielono okazały, piętrowy budynek.
Drzwi się wywalało i spało na wspaniałych posłaniach. Zwycięzcom niby wszystko
wolno! Wino, napoje brało się bez pytania, jeżeli w domu nie było gospodarzy.
Po bitwie o Ankonę, jakiś czas
pozostawaliśmy w mieście, później znowu w pościg za nieprzyjacielem w kierunku
na Adriatyk. Przeszliśmy kilka miasteczek, przeważnie już oswobodzonych. Po
dłuższym odpoczynku skierowano nas na linię Gotów, która słynęła ze swego
silnego umocnienia. Już z dala słychać było huk ciężkiej artylerii. Wysiadamy,
i... widzę obok zwłoki pod parkanem. Ostrożnie idziemy przez sady owocowe, pełne
dojrzałych brzoskwiń. Doszliśmy do rowu przeciwpancernego, pochowaliśmy się jak
szczury, przed nami pilboks betonowy. Dostaję rozkaz sprawdzić, czy jest czynny?
Ogarnia mnie strach! Ale zostawiam rkm, zabieram z sobą tompsona i czołgam się
jak żmija, podsuwam się do bunkra i - co za ulga! Jest pusty! Wstaję i radośnie
macham ręką. Pluton wypełza z rowu i powoli posuwa się do przodu (...)
W pogoni za nieprzyjacielem mijamy
wiele miasteczek, wszędzie radośnie witani przez ludność winem i słowami "liberatory".
Po kilku dniach pościgu zostajemy wycofani na odpoczynek.(...)
Zbliżały się Święta Bożego
Narodzenia, zebrało się nas kilku mędrków i uradziliśmy, że musimy się postarać
o wieprzka. Późnym wieczorem poszliśmy po chałupach i … znaleźliśmy w oborze
małe świnki. Na nieszczęście wyszedł gospodarz i w krzyk - a my go tompsonem
straszymy. Wyprawa nieudana, musieliśmy w dodatku wracać przez rzekę, by nas
straż nie spostrzegła - po kolana w zimnej wodzie. Rano - awantura! Włoch
przyszedł ze skargą, żeśmy go straszyli bronią. Zarządzono zbiórkę całego
batalionu, by Włoch wskazał winnych. Dzięki życzliwym kolegom, którzy nas ukryli
- upiekło się nam, bo za to mogła być nawet kara śmierci. Nie są to puste słowa,
sam zostałem wyznaczony do plutonu egzekucyjnego na towarzyszu broni, który
dokonał gwałtu na zamężnej Włoszce. Było to wstrząsające przeżycie - i refleksja
- za chwilę przyjemności przypłacił chłop życiem!
Egzekucja odbyła się o wschodzie
słońca. Jeden pluton staje naprzeciw wkopanego słupka, dwa inne po bokach,
tworząc literę "u". Pośrodku staje ósemka i ci dostają amunicję. Pierwsza
czwórka ma strzelać, dwóch po bokach, celując w głowę, dwóch środkowych - w
serce. Gdyby pierwsza czwórka nie trafiła - ma wystąpić druga. Przyprowadzają
więźnia, przywiązują do słupka, podchodzi ksiądz, pyta, czy chce spowiedzi,
nieszczęśnik odmawia. Prokurator odczytuje wyrok, okrutny, bo w dodatku zostaje
usunięty z wojska, zabierają mu orzełek i inne odznaki. Dowódca kompanii pyta
czy zawiązać mu oczy, skazaniec odmawia. Padł rozkaz: "pierwsza czwórka - ładuje
broń, cel i pal!". Chłopak osunął się, lekarz stwierdził zgon…
Po dłuższym odpoczynku pojechaliśmy
w Apeniny.
Dojeżdżamy do miasteczka, idziemy
na wyznaczone kwatery - ale mamy się nie rozpakowywać, wszystko zostawiamy na
wozach i maszerujemy w kierunku walki, gdzie Niemcy dają mocno w skórę naszemu 5
batalionowi.
Czekamy na przewodnika - jest
ciemna noc. Pocisk niemiecki trafia w skład benzyny - wszystko płonie - widok
niesamowity!
Przychodzi przewodnik, Włoch,
doprowadza nas do zabudowań i wraca z powrotem. Przed nami wielka dolina, a w
niej niewielki kościółek - właśnie w nim 5 batalion został mocno poturbowany.
Naprzeciw nas, jakieś 3 kilometry - budynki - a w nich Niemcy. To ma być cel
naszego natarcia. Trzeba Niemców zaskoczyć. Mój pluton z podporucznikiem
Błachtem miał za zadanie wejść Niemcom na tyły. Tak, żeby się nie zdradzić, a
potem ma nacierać cała kompania.
Czekaliśmy nocy, która była dość
ciemna, ziemia mokra, pełzliśmy na czworakach, uważając, aby się nie pogubić. Z
góry było lżej. Zaczynamy piąć się pod górę, porucznik od czasu do czasu szeptem
pyta, czy jesteśmy wszyscy. Ja, jak zawsze, do przodu i Bender za mną, dołazimy
już do szczytu. Po lewej stronie stoją zabudowania, stodoła, na wpół rozwalony
dom i kilka stogów siana, w których Niemcy przeważnie robili stanowiska
karabinów maszynowych. Poruszamy się jak szczury, okrążamy dom, dochodzimy do
rowu odbiegowego, poza stogiem. Jest w nim miejsce dla kilku ludzi. Wracamy do
plutonu i zgłaszamy porucznikowi sytuację - pluton szybko biegnie i zajmuje
pozycje w tymże rowie. Powoli zaglądam poza stóg - i co widzę? Wystaje z niego
lufa "spandau". Ojej, co tu robić? Ignacy łapie mnie za pasy od ładownicy, ja
chwytam za lufę i za jednym pociągnięciem "spandau" wylatuje. Błyskawicznie
wrzucamy dwa granaty do schronu pod stogiem…
Obaj z Ignacym idziemy na "szperę",
zobaczyć, czy jest bezpiecznie. Powoli podchodzimy do chałupy, czaimy się wśród
krzaków, spostrzegamy dziurę, prowadzącą pod dom, czołgamy się w stronę
podwórka, wchodzimy, cały czas prawie przyklejeni do ścian. Słyszymy rozmowę. A
więc Niemcy są!.. Jednym susem, jak zając skaczę pod rozległe drzewo, Ignacy za
mną. Chcę dać serię z rkm’u, ale ten się zaciął. A więc – powrotna droga.
Zbliżamy się do "swego" rowu, nachylam się nad nim - i nagle - seria z tompsonu
tuż, obok mojej twarzy! Krzyczę: "Jezus Maria, do kogo strzelasz?". W odpowiedzi
słyszę: "Tu są Niemcy!". Oglądam się i jakby mi spod nóg wyrosły dwie sylwetki,
które uciekają w stronę doliny. Rzucam im w ślad dwie granaty. Porucznik
wywołuje wsparcie naszej artylerii i za chwilę następuje nawała ognia. Pociski
wybuchają wokół nas… Siedzimy tak prawie do świtu. Słyszymy głosy naszej
kompanii, krzyczymy: "nie strzelać". Wychodzimy z rowu i na podwórzu oświetlonym
pierwszymi promieniami słońca i wybuchami, łączymy się z kompanią. Wchodzimy do
chałupy, Niemcy wychodzą ze schronu. Jest ich około dwudziestu, z kapitanem na
czele. Po drugiej stronie naciera druga kompania. Widzę, jak Niemcy uciekają
pomiędzy budynkami, biegnę rowem, nie mogę przejść, bo jeden Ślązak nie chce się
usunąć. Ja go popycham i wtedy spostrzegam, że on nie żyje, trafiony w samo
gardło, stał oparty o brzeg rowu(...)
Wieczorem przychodzi podporucznik
Błahut, dowódca plutonu i oznajmia, że pluton otrzymał trzy Ordery Virtuti
Militari. Wymienia po nazwisku: "Ty, Żukowski i ty, Bender otrzymujecie ten
najwyższy order, a pośmiertnie - Władysław Paszkiewicz, niech Jego Matka ma po
Synu choć taką pamiątkę".
I znowuż w drogę, po górach,
dolinach.
Pewnego dnia dowódca kompanii wzywa
mnie do siebie i oznajmia, że jutro w rozkazie batalionowym zostanie mi
formalnie nadany Order Virtuti Militari. Prawi mi przy tym kazanie, że odtąd
muszę zachowywać się honorowo itd. Wysłuchałem i spokojnie pytam: "Czy ten order
dostałem za grzeczne zachowanie, czy za coś innego?" Na niczym skończyła się ta
moja rozmowa z porucznikiem Czubakiem. A Order Virtuti Militari dotarł do mnie
już po wojnie … listem poleconym, gdy byłem w 7-mej Dywizji Zapasowej. (...)
Moja drużyna poszła na patrol, bo
zgłoszono, że w oknie jednego domu jest pepanc, trzeba go zniszczyć. Rzeczka
płynęła przez wąwóz, ale okazała się zbyt głęboka, by ją przejść. W drodze
powrotnej mieliśmy okazję popić trochę wina i miałem już mocno w czubie. Gdy
wracaliśmy obserwator drugiej kompanii wziął nas za Niemców i wywołał artylerię,
która nas ostrzelała. Uszliśmy z tego, ale gdy wróciliśmy, wściekły pobiegłem do
niego z tompsonem gotowym do strzału - całe szczęście, że ktoś mi broń wybił z
rąk… Mój dowódca, podporucznik Błahut przestrzegł mnie, bym tego więcej nie
robił bo mogę trafić pod sąd polowy. Tym razem upiekło mi się tylko dlatego, że
obserwator faktycznie niesłusznie wywołał ogień na własne siły. Od tego
przykrego zdarzenia nigdy już w czasie akcji nie piłem.
Pewnego dnia usłyszeliśmy nad sobą
lekkie wybuchy, spoglądamy, a na nas lecą ulotki propagandowe. Niemcy przez
megafon nawołują nas do przechodzenia na ich stronę, gdyż alianci nas zdradzili…
Po Jałcie wiedzieliśmy, że dla nas
nie ma już żadnej nadziei, że walczymy już tylko o honor, więcej o nic.
Załamanie było straszne. Straciliśmy zaufanie do aliantów. Oficerowie też nie
byli w stanie nam nic wyjaśnić, sami porażeni tymi wiadomościami. Walczyliśmy
jednak nadal. Szliśmy wszędzie, dokąd nas posyłano, ale czuliśmy się już nie jak
polscy żołnierze, ale jak najemnicy. W dodatku, wiedzieliśmy, że wojna ma się ku
końcowi, więc każdy starał się uchronić od niepotrzebnej śmierci czy kalectwa.
I tak doszliśmy do bitwy o Bolonię.
Miasto obwarowane od powodzi, położone w równinie, dobrze zagospodarowane, wokół
sady owocowe - wspaniałe miejsca do zamaskowania. Z drugiej strony kanału -
doskonałe schrony i stanowiska broni maszynowej. Ale przejścia przez kanały - to
wąziutkie deski, szerokie na jedną stopę.
Dowieziono nas pod nasyp na kanale,
do sadu oliwkowego. Wysiedliśmy, mając ze sobą tylko chlebaki. Każdy pogrążony w
niepewnych myślach co do przebiegu bitwy. Dostaliśmy zapasowy prowiant i czekamy
na bombardowanie, które ma poprzedzić natarcie. Po południu już z daleka
usłyszeliśmy szum motorów ciężkich bombowców. Po naszej prawej stronie jest
Korpus Nowozelandzki, a po lewej - nasz 5 batalion.
Tak się stało, że bombowce zrzuciły
kilkanaście bomb za wcześnie. Spadły na stanowiska 5 batalionu i wyrządziły duże
straty. Nadchodzi rozkaz do natarcia. Z trudem przechodzimy po wąskiej kładce,
uginającej się jak na sprężynach. Pierwszy pluton miał duże straty. Byli ranni i
zabici. Dzień był słoneczny, ale po bombardowaniu, trwającym kilka godzin, kłęby
kurzu i dymu zaćmiły słońce. Zmieniliśmy pierwszy pluton, posuwając się do
przodu po bokach drogi. Minęliśmy oddziały artylerii angielskiej i doszliśmy do
drugiego kanału nie napotykając nieprzyjaciela. Przed kanałem - gołe pole, przed
nami czołgi i specjalne opancerzone buldożery. Usiłują zrobić przejście dla
czołgów - kompania czeka.
Dostaję rozkaz wraz z jednym
pomorzaninem iść do tyłu na wywiad. Zostawiam broń przeciwpancerną, a biorę
tompsona. Pochyleni, szybko, jak się tylko da biegniemy do przodu, wpadamy do
jamy po pocisku. Wyglądamy poza nasyp. Niemców nie widać. Machamy rękami, aby
kompania przychodziła - i w tej chwili wpada pomiędzy nas pocisk naszej
artylerii – my skoczyliśmy na bok. Na szczęście nie wybuchnął.
Natarcie postępuje nadal, wokół
piękne i bogate zabudowania… W końcu wszystko ucicha, po naszej lewej stronie -
Bolonia. Amerykanie idą od strony gór. To oni mieli zdobywać Bolonię, a nie my -
tymczasem stało się inaczej. To myśmy miasto zdobyli.
Przed tą bitwą otrzymaliśmy zakaz
plądrowania po domach. Nie mogliśmy już nawet nocować w domach.
Nazajutrz, około 10-tej rano -
zbiórka kompanii. Szef ogłasza, że BBC podało wiadomość o zakończeniu działań
wojennych. W kompanii zapadła grobowa cisza. Co najmniej pięć minut nikt nie
wypowiedział ani słowa, a potem - cicha radość, że udało nam się przynajmniej
ujść z życiem.
Szef kompanii zwraca się do mnie z
gratulacjami. Przyznano mi Krzyż Walecznych i stopień kaprala, ale tylko
tytularny, bo Anglicy żołdu już nie dadzą. Machnąłem ręką, nie jest mi potrzebny
taki awans...
Order Wojenny Virtuti Militari
Klasy V nadawany jest za osobisty wkład i wyczyn bojowy. W 3 Dywizji Strzelców
Karpackich tym Orderem zostało udekorowanych tylko 26 szeregowych na ogólny
stan: 26000 oficerów, podoficerów i szeregowych.
< powrót do: inni o mnie