

IX kadencja Sejmu
IV sesja Sejmu - 20 posiedzenie z 27 maja 1987 r.
Dyskusja nad poselskim projektem ustawy o Rzeczniku Praw Obywatelskich (pierwsze czytanie).
Poseł Ryszard Bender
Panie Marszałku! Wysoki Sejmie!
Posiadamy w kraju, i dobrze, wiele instytucji odwoławczych dla obywateli
odczuwających naruszenie ich praw i wolności. Istnieją rozliczne komisje
kontrolne państwowe, społeczne, robotniczo-chłopskie. Słyszymy, że jest ich zbyt
wiele. Czy w tej sytuacji potrzebny jest Rzecznik Praw Obywatelskich?
Odpowiadam, przyda się, oczywiście, o ile okaże się rzeczywistym rzecznikiem,
"trybunem ludowym", obrońcą pokrzywdzonych, a nie apologetą instancji
administracyjnych i politycznych rozgrzeszającym je wobec obywateli.
Odwiedziłem w ub. miesiącu w
Londynie pana Anthony Barrowclough ombudsmana brytyjskiego. Zaznajomiłem się ze
strukturą jego urzędu. Słyszałem słowa uznania zarówno ze strony większości
rządowej, jak i opozycji. Należałoby, sądzę, przejąć jak najwięcej wzorców z
instytucji ombudsmana szwedzkiego, brytyjskiego, jugosłowiańskiego, by nie
odkrywać ponownie Ameryki.
A z uzasadnienia projektu ustawy
dowiadujemy się, że "nie recypowano rozwiązań normatywnych przyjętych w
burżuazyjnych systemach", i dalej "nie zaczerpnięto żadnych wzorców z systemu
jugosłowiańskiego". Czy jest się czym chwalić? Czyżby odbite echo minionej
epoki, przynajmniej w argumentacji, nie dawało znać o sobie?
Zgadzam się, że rzecznika powinny
cechować nie tylko wiedza prawnicza, duży autorytet społeczny, ale także wysokie
walory moralne, w naszych konkretnych polskich warunkach, bliskie, jeśli nie
wręcz ugruntowane na zasadach etyki chrześcijańskiej. Ponadto, słusznie,
żarliwość i odwaga, by nasz ombudsman mógł się przebijać przez mur licznych u
nas aktów prawnych i administracyjnych. Nie tylko zresztą z tych ostatnich
względów. Specyfika naszego życia publicznego sprawia, że przy interpretacji i
wprowadzaniu w życie przepisów prawnych, obok administracyjnego, wpływ często
decydujący wywiera czynnik polityczny. Wiedzą o tym obywatele, gdzie jest
efektywne centrum władzy. W przedostatniej "Polityce" (nr 20 z 16.V.1987 r.)
można wyczytać, że wśród władz najwyższych pozycja Sejmu nie znajduje
odzwierciedlenia w liczbie listów wysyłanych na Wiejską: 64,6 tys. listów
skierowali obywatele w ub. roku do KC PZPR, a tylko 14,5 tys. do Sejmu. Słaba to
pociecha, że do PRON jeszcze mniej, tylko 4,2 tys.
A sprawy organizacji politycznych -
rozumiem całą złożoność - z gestii rzecznika zostały wyjęte. Szłoby więc o to,
ażeby rzecznik, jeśli jego pozycja nie ma zawisnąć w próżni, mógł mieć wpływ,
przynajmniej pośredni, na jakość decyzji w sprawach obywatelskich, podejmowanych
w sekretariatach KW i Komitetu Centralnego. Jeśli tam jego głos nie będzie
uwzględniany, przynajmniej w ramach "gentelmen's agreement", cała instytucja
polskiego ombudsmana stanie się nowym przejawem pozorokracji.
Wysoka Izbo! Instytucja Rzecznika
Praw Obywatelskich, nawet gdybyśmy poprzestali na przedstawionych propozycjach
(i tak się zapewne stanie), rozszerzy niewątpliwie społeczne zrozumienie
potrzeby pełniejszej realizacji praw i wolności obywateli w Polsce. Projekt jest
lękliwy, ale jeśli przyszła ustawa nawet w skromnym zakresie da obywatelom
możliwość dochodzenia należnych im w państwie praw i wolności, to będzie krok
naprzód.
Dziś bowiem obywatel, poseł
również, bywa często bezradny. Staram się zrozumieć pana prezesa Polskiej
Agencji Prasowej, jeśli przesłanej do jego agencji informacji o moim spotkaniu z
laureatem nagrody Nobla panem Lechem Wałęsą nie puszcza w obieg, natomiast
zupełnie nie pojmuję motywów zatrzymywania informacji o wizycie u Prymasa
Polski. Wzgląd na Prymasa Polski czy nie mógłby wejść w grę? A może? A może
chodziło o treść komunikatu? Czytam: "Sekretariat Prymasa Polski informuje, że
dnia 28 kwietnia br. Jego Eminencja Ks. Kardynał Prymas przyjął posła Ryszarda
Bendera, profesora KUL, prezesa Klubu Inteligencji Katolickiej w Lublinie, który
poinformował o swej działalności publicznej. Przedstawił także zaistniałe
trudności administracyjne dotyczące materialnych podstaw działalności niektórych
środowisk katolickich w Polsce".
Tak, Wysoki Sejmie, trudności
administracyjne wystąpiły. W dniu 14 kwietnia br. Minister - Kierownik Urzędu
d/s Wyznań ustanowił nad przedsiębiorstwem "Libella", finansującym KIK-i, ODiSS,
"Więź" i PZKS, komisarza i zobowiązał owego komisarza do przekształcenia SZP
"Libella" w przedsiębiorstwo państwowo-społeczne. Stało się to wbrew
obowiązującemu ustawodawstwu. Sprawę tę środowiska nasze zgodnie przekazany do
Naczelnego Sądu Administracyjnego i zwróciły się o pomoc do Episkopatu Polski.
Promyk nadziei istnieje. Przedwczoraj odbyło się spotkanie wspomnianych
środowisk z nowym Ministrem - Kierownikiem Urzędu d/s Wyznań. Ustalono, że w
terminie do 30 czerwca br. zostaną wyjaśnione sprawy sporne i będą uzgodnione
rozwiązania umożliwiające dalsze normalne funkcjonowanie przedsiębiorstwa
"Libella".
Kolejna sprawa, Wysoka Izbo,
dotyczy Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Istnieją zakusy władz
administracyjnych, by z Uniwersytetu o dużym autorytecie w kraju i za granicą
pod względem uprawnień uczynić szkółkę parafialną, jakiś "cheder" katolicki,
obniżyć jego rangę ze stratą dla nauki, dla Polski. Według łamańców prawnych
Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego doktoraty i habilitacje uzyskiwane w
KUL nie są równorzędne z państwowymi, a tytuły naukowe profesora są tytułami
wewnętrznymi. Oznacza to, że na przykład tej miary uczeni, o renomie nie tylko
krajowej, jak socjolodzy: prof. Jan Turowski, ks. prof. Władysław Piwowarski czy
wybitny znawca nauk społecznych ks. prof. Joachim Kondziela poza KUL są najwyżej
magistrami. Przy takiej absurdalnej ministerialnej interpretacji pod znakiem
zapytania trzeba postawić doktoraty i habilitacje oraz tytuły profesorskie
uzyskiwane w uczelniach państwowych, przy których jako promotorzy lub recenzenci
uczestniczyli profesorowie KUL. Już należy być konsekwentnym. W związku z
powyższym czytam uchwałę Senatu KUL, podjętą 23 bm.:
"W piśmie dyrektora Biura Prawnego
Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego mgr Krystyny Tokarskiej-Biernacik z
dnia 10 grudnia 1986 r., skierowanym do Departamentu Kadr i Zatrudnienia zostało
stwierdzone, że «... stopnie naukowe doktora i doktora habilitowanego uzyskane w
Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na podstawie postanowień statutu tej uczelni,
nie są równorzędne ze stopniami naukowymi uzyskanymi w oparciu o ustawę o
stopniach naukowych i tytułach naukowych».
Senat Akademicki KUL wyraża protest
przeciw błędnej interpretacji statutu KUL, żąda jej zaniechania i oświadcza, że
zgodnie z ustawą sejmową z dnia 9 kwietnia 1938 r. o nadaniu KUL pełnych praw
państwowych szkół akademickich (Dz. U.R.P. nr 27, poz. 242), która nigdy przez
Sejm nie została uchylona, prawa te nie mogą być podważane aktami
administracyjnymi".
Panie Ministrze Miśkiewicz! Tego
nie czyniono w mrocznych czasach bierutowsko-stalinowskich. Owszem, likwidowano
kierunki studiów w KUL, ale nie negowano dyplomów, zwłaszcza wstecz. Raptem
obecnie! Co to wszystko znaczy? Teraz, przed wizytą Ojca św. Jana Pawła II. Nie
musi chyba w sprawach ustawy o KUL z 9.IV.1938 r. wyrokować Trybunał
Konstytucyjny. Apeluję do Pana Marszałka Malinowskiego, do Prezydium Sejmu, w
którym zasiada wykładający w KUL wicemarszałek, o obronę ustawy sejmowej,
przyznającej KUL prawa państwowych szkół akademickich, o nie dyskryminowanie
Katolickiego Uniwersytetu.
Wysoki Sejmie! Nie może w tej
Izbie, gdzie zasiada tylu profesorów, zabraknąć głosu uznania dla uchwały Senatu
Uniwersytetu Warszawskiego, biorącej w obronę grupę profesorów dyskredytowanych
przez rzecznika Rządu. Nie jest winą wspomnianych uczonych, niczyją nie może być
winą, gdy rozmówcy, z którym spotyka się w dobrej wierze - Polak to będzie lub
obcokrajowiec - udowodni się z czasem przestępstwo. Czy pan Minister Urban
spotykał się dotąd tylko z osobami o anielskich cechach? A nikt mu nie zarzuca
złych intencji w jego kontaktach. Dlaczego nie zakłada pan Minister możliwości
pozytywnego oddziaływania, eksponowania dobrego imienia Polski w rozmowach z
dyplomatami zagranicznymi?
Wiem od dyplomatów, także
amerykańskich, że ich polscy rozmówcy peany niejednokrotnie wypowiadają o swoim
kraju, o Polsce Ludowej. Słyszy pan, panie Ministrze Urban, spotykam się z nimi
niekiedy tutaj w naszej restauracji sejmowej, czasem spaceruję ulicami Warszawy.
Widziałem nieraz w ambasadach posłów Witolda Lipskiego, Kazimierza Morawskiego,
Aleksandra Legatowicza, Wincentego Lewandowskiego, innych już nie wymieniam, nie
będę ich wydawał. Tych, o których wspomniałem, proszę o wybaczenie. Są ludzie,
panie Ministrze Urban, którzy krytyczni wewnątrz rodzinnego domu, na zewnątrz
mówią o nim tylko dobrze.
Nie można przywracać atmosfery
strachu, pamiętnej z epoki podejrzeń, z okresu bzdurnej teorii o zaostrzaniu się
walki klasowej.
Na koniec nie anegdota, fakt.
Zaproszony na obiad z senatorem Edwardem Kennedy w sobotę 23 bm. nie zjawiłem
się. A nuż wracałbym z przyjęcia odprowadzany wieczorem ulicami Warszawy przez
któregoś z amerykańskich dyplomatów? Jaki to byłby smakowity kąsek dla wybujałej
podejrzliwości pana Ministra Urbana. Po cóż ułatwiać mu znojny, inkwizycyjny
trud.
Na serio jednak. Inne powody weszły
w grę. Posiedzenie Senatu KUL, uchwalającego protest przeciw dyskryminowaniu
Uniwersytetu przeciągnęło się i uciekł mi ostatni pociąg z Lublina - nie
zdążyłem. Skończyłem Panie Marszałku. (Oklaski)
< powrót do: przemówienia sejmowe