

IX kadencja Sejmu
III sesja Sejmu - 12 posiedzenie z 29 września 1986 r.
Łączna dyskusja nad sprawozdaniami Komisji o założeniach CPR na 1987 r. o projekcie ustawy o
zmianie ustawy budżetowej na rok 1986 oraz o rządowym raporcie o realizacji
reformy gospodarczej.
Poseł Ryszard Bender
Pani Marszałku! Pragnę na początku
skierować do Prezydium Sejmu kilka słów w sprawie formalnej, dotyczącej trybu
naszej dyskusji sejmowej. Proszę więc, ażeby Pani Marszałek zechciała odliczyć
te kilkadziesiąt sekund na swym stoperze, skąpo dziś limitującym nam czas
przemówień. Jestem zdania, że w czasie debat plenarnych nie możemy prowadzić
dyskusji galopem. Regulamin aktualny zmniejszył czas wypowiedzi z 30 do 20
minut, natomiast Prezydium Sejmu ogranicza wystąpienia dla większości posłów do
10 minut. Nie można dopuścić do tego, że Sejm obecnej kadencji zapisze się w
historii naszego parlamentaryzmu jako Sejm niemalże niemy, w którym poseł ledwie
otworzy usta, już po 10 minutach musi je zamykać. Liczymy na zanik reglamentacji
w życiu gospodarczym w związku z reformą, nie wprowadzajmy nadmiernej
reglamentacji w czasie naszych obrad sejmowych. Jeśli jeden dzień za mało -
obradujmy dwa, trzy dni nawet, ale miejmy możliwość wypowiedzenia się szerszego.
Pani Marszałku! Wysoki Sejmie!
Debatujemy dziś nad gospodarką kraju, od lat w kryzysie, nad reformą, z którą
społeczeństwo wiąże nadzieje na lepszą przyszłość, jeśli już nie własną, to
następnego pokolenia dzieci, wnuków. Wiemy wszyscy, a przynajmniej powinniśmy
wiedzieć, że dobra gospodarka zależy w znacznej mierze od właściwych mechanizmów
ekonomicznych, trafnie dobranych i zastosowanych. Nie tylko one jednak decydują.
Jestem zdania i chyba nie ja jeden, że dopiero połączenie, zgranie właściwej
motywacji ekonomicznej ze społeczną, patriotyczną a w naszych polskich
konkretnych warunkach jeszcze religijną, zapewnić może powodzenie reformy i
wyjście Polski z ciągle odczuwanego kryzysu.
Wysoka Izbo! Szansę taką otworzył
15 września 1986 r. Ponad 200 więźniów, tzw. niekryminalnych, jak zapowiedział
kilka dni wcześniej, 11 września br. pan Minister Czesław Kiszczak, opuściło
więzienia. Pan generał Jaruzelski, Pan, Panie Premierze, podjęliście panowie
decyzję doniosłą, ale krzepiącą serca i umysły, zgodną tym razem - nikt nie
zaprzeczy - z odczuciami szerokich rzesz społeczeństwa: Polska stała się krajem
bez więźniów politycznych. Jest to krok odważny, fakt bez precedensu w naszych
powojennych dziejach. Oby trwał, chciałoby się powiedzieć - wiecznie, jak
najdłużej.
Rodzi się z miejsca pytanie, co
czynić dalej, by tak się rzeczywiście stało, ażeby odtąd nikt w Polsce ze
względów politycznych nie był pozbawiony wolności. Sądzę, że jeden z
drogowskazów już mamy. Został on podany w komunikacie z 215 Konferencji
Plenarnej Episkopatu Polsku, który wielu spośród nas słyszało, gdy był
odczytywany w kościołach w jedną z ostatnich niedziel.
Ustawa z 17 lipca br. mówi o
potrzebie włączenia się osób zwalnianych z więzień do czynnego udziału w życiu
kraju. W nawiązaniu do tej konstatacji czytamy w komunikacie Konferencji
Episkopatu Polski: "Aby jednak każdy obywatel mógł uczestniczyć w działalności
społecznej i publicznej, bez wyrzekania się swych słusznych przekonań, w zgodzie
z nakazami sumienia, konieczne jest rzetelne respektowanie zagwarantowanych
konstytucyjnie praw obywatelskich. Żadna jednostka ani żadna grupa społeczna nie
powinny podlegać dyskryminacji w zakresie korzystania z tych praw z powodu
wyznawanej wiary, światopoglądu i przekonań ideowych". A dalej: "Konieczne jest
także stworzenie rzeczywistej możliwości korzystania z konstytucyjnego prawa do
zrzeszania się, bez warunkowania tego zależnością od partii politycznych. Brak
takich możliwości powoduje zubożenie życia publicznego". Zaistnienie takich
możliwości - pragnę dodać do tych ważkich słów biskupów polskich - powinno
uczynić zbyteczne tworzenie struktur organizacyjnych uznawanych przez Rząd za
nielegalne. Kręgi osób powiązane dotąd z tymi strukturami - należy wierzyć -
zrozumieją stopniowo, że w naszych obecnych warunkach, także ze względów
geopolitycznych, może być mowa wyłącznie o zrzeszaniu się w istniejących,
konstytucyjnych ramach prawnych. Zróbmy wiec wszystko, ażeby uczynić życie
publiczne w kraju bogatsze. Na to funduszów nadmiernych nie trzeba: Ono ich
przysporzy. To bogatsze życie publiczne sprawi, że "ludzie o innych
światopoglądach będą mogli lepiej swój umysł, swoją wiedzę i energię skierować
ku budowaniu dobra ojczyzny".
Żadna ze stron, żadne środowisko
społeczne i polityczne bliskie kołom rządowym lub też tym, które określają
siebie jako opozycję, nie powinno zaprzepaścić szansy, którą otworzył 15
września.
Z gospodarką naszą na niektórych
szczegółowych odcinkach, dzięki reformie, może jest i lepiej. Dostrzegają to
jednak chyba głównie profesjonaliści. Ogół ludności natomiast widzi, jak to
napisane zostało przed kilku dniami w jednym z dzienników, że reforma
gospodarcza nie dotarła jeszcze do półek sklepowych. A także, co zauważył
niedawno trafnie pan poseł Sylwester Zawadzki, dotarła ona "w zbyt słabym
stopniu do robotnika". W odczuciu zwykłego obywatela reforma dokonuje się gdzieś
wysoko, w obłokach niemal, na górze. Miała ona objąć całość życia gospodarczego
i polegać m.in. na samodzielności gospodarczej przedsiębiorstw, pociągającej za
sobą ich rozwój, rozkwit bądź w następstwie niegospodarności upadek.
Rzeczywistość natomiast jest inna. W sytuacji, gdy przedsiębiorstwo osłabnie i
zagrozi mu krach finansowy, natychmiast znajdą się dotacje, a więc pieniądze nie
własne, cudze wręcz, umożliwiające sztuczne niejako ekonomicznie oddychanie.
Bankructwo wisi nad niegospodarnymi przedsiębiorstwami, ale co najwyżej jako
miecz Damoklesa, jakoś na nie nie spada, zwłaszcza na te większe, które potrafią
schować się pod opiekuńcze skrzydła ministerstw. Nil desperandum - mówią wcale
głośno dyrektorzy i są przekonani, że i przy reformie znajdą się jakieś duchy
opiekuńcze, które nie pozostawią ich w biedzie.
Cóż.. reforma gospodarcza jest u
nas w kraju faktem. To prawda, ale głównie ustawodawczym, i oby nie stała się
także propagandowvm. To ostatnie zjawisko, być może, w najbliższym czasie nie
grozi. Nikt nie uwierzy bowiem, że na przykład cokolwiek sensownego łączy
reformę gospodarczą z podaną w prasie informacją o imporcie do Polski w br. 40
tys. ton masła zakupionego w RFN, Holandii, Danii, Norwegii po 1000 i 1100
dolarów za tonę. Mamy gest - powiedział mi z ironią i złością w kolejce w
sklepie robotnik, wyczytując z gazety tę informacje. W tejże notatce (odszukałem
"Rzeczpospolitą" z 17 września br.), podana została również wiadomość, że w roku
przyszłym zakupimy we wspomnianych krajach 70 tys. ton masła. Będzie to rekord -
stwierdza dziennik - import największy w powojennych latach. Informacja
przerażająca, przynajmniej w moim, indywidualnym odczuciu. W kraju rolniczym,
który był wcześniej eksporterem masła, doszło do tego, że teraz, gdy wchodzimy w
tzw. drugi etap reformy. trzeba je importować i to w tak ogromnych ilościach.
Błędy w polityce rolnej, przynajmniej na tym odcinku, musiały wystąpić i to
poważne, skoro rolnikom nie opłaci się hodowla krów i sprzedaż mleka. A bez
mleka masła nie będzie.
Mówiliśmy już w Sejmie w czasie
obecnej IX kadencji, że rolnicy nie mają dojarek, schładzarek, że z określeniem
jakości mleka i cenami skupu nie wszystko jest w porządku. Dziś widać jak na
dłoni, że mówiliśmy o tym zbyt późno, a rezonans był tak słaby, że nie dotarł do
czynników administracyjnych, odpowiedzialnych za hodowlę, albo co bardziej
prawdopodobne, zlekceważyły one poselskie przestrogi i mamy tego skutki.
Wysoki Sejmie! Potrzebom rolnictwa
m.in. w odniesieniu do mleka i jego przetworów chciała przyjść z pomocą
kościelna fundacja rolnicza. Nie doszło do jej utworzenia. Sprawa wlokła się
przez cztery lata. I fiasko. Zwracam jednak uwagę na ostatnie zdanie komunikatu
Sekretariatu Prymasa Polski z 3 września 1986 r. Brzmi ono: "Ksiądz Prymas
zlecił Komitetowi Organizacyjnemu zbadanie możliwości zrealizowania innych form
pomocy polskiej wsi". Niech osoby odpowiedzialne za przyszłość polskiego
rolnictwa nie zbagatelizują tej informacji. Otwiera ona jakoś drzwi na
przyszłość.
Musimy sobie jasno powiedzieć -
przemknęła obok nas i zniknęła szansa dopomożenia polskiemu rolnictwu w
pokonaniu piętrzących się przed nim trudności, niezależnie jak to będziemy
tłumaczyć. Kto ponosi za to odpowiedzialność? Nie można zgodzić się z bajeczną
historią całej sprawy, którą przedstawił 9 września br. w czasie konferencji
prasowej rzecznik rządowy pan Minister Jerzy Urban. Pan Minister Urban tak
bardzo kocha katolicki Kościół polski, że ubolewał - chciejmy wierzyć, iż
szczerze - nad jego infantylnością, niezaradnością na arenie międzynarodowej,
niczym małego dziecka. Bolał. że "polski Kościół został instrumentalnie
wykorzystany przez niektóre siły polityczne na Zachodzie". Kościół polski nigdy
nie dał się wykorzystać żadnym siłom politycznym z Zachodu czy z innych stron
świata. A jak wiele korzyści przysparzał on i przysparza na arenie
międzynarodowej naszemu państwu, rządzonemu przecież nie przez obóz ideowo mu
bliski, pan Minister Urban wie dobrze. Szkoda, że o tym nie mówi w czasie swych
konferencji prasowych, jest przecież rzecznikiem nie partii, a Rządu państwa, w
którym społeczeństwo jest pluralistyczne ideowo, z większością katolicką.
Nie chcę absolutnie twierdzić,
daleki jestem od tego, że fiasko fundacji rolniczej to wynik polityki
kierowniczych gremiów władzy w kraju. Bo i takie opinie się pojawiają. Zostawmy
je na boku, nie są miarodajne. W miarę realistycznie sprawę tę przedstawił jeden
z tygodników w zdaniu: "Sekretariat Prymasa Polski poinformował, że wobec
zasadniczych rozbieżności w rozmowach między przedstawicielami Rządu i Komitetem
Organizacyjnym Fundacji Rolniczej, koncepcji tej fundacji nie udało się
zrealizować". To dosyć realistyczne stwierdzenie w moim odczuciu. Ze wspomnianej
informacji Sekretariatu Prymasa Polski wiemy ponadto, że przedstawiciel
Ministerstwa Rolnictwa, Leśnictwa i Gospodarki Żywnościowej w czasie rozmów
coraz wyżej stawiał poprzeczkę żądań dotyczących fundacji, co równało się
unicestwieniu jej autonomii. Pan wiceminister Kazimierz Grzesiak dopiero po
fakcie, po komunikacie Sekretariatu Prymasa Polski w wypowiedzi dla Polskiej
Agencji Prasowej oświadczył, że podniesione w trakcie rozmów kwestie stanowiły
jedynie propozycje do negocjacji. Mądry Polak po szkodzie! Dlaczego nie
powiedział tego pan wiceminister wcześniej, w czasie trwania rozmów z Komitetem
Organizacyjnym Fundacji? Wtedy przedstawiane dezyderaty prowadziły do dyktatu ze
strony ministerstwa, głosi komunikat kościelny. Nieudolność to czy swoista
taktyka, która spowodowała fatalne skutki? Trudno zrozumieć.
Kończę. Resort ponosi znaczną część
odpowiedzialności za to, co się stało, to jest ewidentne. W wielu krajach, w
analogicznej sytuacji minister zwalnia współpracownika, który zaszkodził sprawie
i wystawił na szwank reputację urzędu, albo sam podaje się do dymisji.
Skończyłem Pani Marszałku. (Oklaski)
< powrót do: przemówienia sejmowe