

VII kadencja Sejmu
V sesja Sejmu - 22 posiedzenie z 8 lutego 1979 r.
Łączna dyskusja nad informacją Rządu oraz projektem ustawy o jakości wyrobów,
usług, robót i obiektów budowlanych.
Poseł Ryszard Bender:
Pani Marszałku! Wysoki Sejmie!
Debatujemy dziś nad dobrą robotą. Na wstępie chcę stwierdzić, iż na pewno
przykładem takiej dobrej roboty była uchwała Rady Ministrów z 15 grudnia 1978
roku Przywracająca Katolickiemu Uniwersytetowi Lubelskiemu prawa nadawania
stopni naukowych. O ile jeszcze znikną karykaturalne limity przyjęć na pierwszy
rok studiów w KUL (na przykład filologia romańska może przyjmować tylko cztery
osoby), to już można będzie wierzyć, że zła passa mija. Patrzę w tej chwili w
stronę jednej z naszych koleżanek posłanek, która, gdy rozpoczynała filologię
romańską w naszej uczelni, wtedy było na pierwszym roku studiów ponad pół setki
osób. Nie dobijam się o taką liczbę miejsc, ale domyślam się, że rektorzy
cieszyliby się i z potrojenia, z tuzina osób na pierwszym roku tejże
romanistyki, i odpowiedniego zwiększenia przyjęć na inne kierunki, o czym
mówiłem w poprzednim swoim wystąpieniu sejmowym. Ale to już chyba sprawa
szczegółowa. Ukłon do Pana Ministra Górskiego i nadzieja, że zrobi wszystko, by
limity przyjęć na KUL nie były rażąco mniejsze niż na inne uczelnie. Z góry
dziękuję Panie Ministrze.
Wysoka Izbo! Inne refleksje
prowadzone przy okazji wniesionego pod obrady projektu ustawy nie we wszystkim
mogą budzić optymizm. Potwierdzają to również przytoczone dziś przez niektórych
obywateli posłów fakty. Po to jednak zebraliśmy się, żeby przemyśleć sposoby
wyjścia z trudnych sytuacji, gdy takie zaistnieją.
Zacząć trzeba, przede wszystkim od
siebie, od góry, jak to mówią prości ludzie, których utyskiwań na tę górę, a
więc na nas, nasłuchałem się sporo jeżdżąc tzw. pekaesem, bo bardziej on
niezawodny niż kolej, która utraciła bez reszty swą przedwojenną reputację. Czy
i kiedy ją odzyska, Panie Ministrze Komunikacji? Pytanie raczej retoryczne,
prawda? Jakże tu więc nie narzekać również na siebie samych, na Sejm nawet, w
którym zasiadamy, na jego Prezydium - proszę wybaczyć Pani Marszałku, że to
mówię, ale i w najlepszej rodzinie narzekań nie brakuje, skoro projekt dziś
rozpatrywanej ustawy otrzymujemy zaledwie na kilka dni przed posiedzeniem. Tekst
ten dotarł do mnie, to prawda expresem, ale dopiero w niedzielę - i w niedzielę
po południu mogłem zacząć jego studiowanie. Cztery dni to nie jest tak mało
czasu - ale za wiele również nie. Cóż, od administracji sporo zależy, to jasne.
Czytaliśmy niedawno w "Polityce" wywiad z osobą eminentną z naszego środowiska
sejmowego, a w nim sugestie, że posłowie nie chcą przeciwstawiać swojego zdania
administracji, pragną raczej korygować jej błędy. Czy rzeczywiście jest to
pragnienie wszystkich posłów? Rzecz do zastanowienia i dyskusji.
Wysoki Sejmie! Chcę być szczery.
Nie wiem, czy rozpatrywanie przedłożonego nam projektu ustawy w tej chwili jest
na czasie, czy w fakcie tym nie dostrzeżemy małej przynajmniej asekuracji.
Domagamy się dobrej roboty od dolnych ogniw naszego życia gospodarczego, od
wykonawców, gdy wiemy lub powinniśmy wiedzieć, że oni bardzo często, z przesadą
nawet, za złą jakość wytwarzanych wyrobów obarczają tzw. górę. To trzeba
dostrzec.
Za znaczny chaos gospodarczy
zaistniały na przełomie ubiegłego roku przeciętny obywatel czyni
odpowiedzialnym, jeśli nie Rząd to poszczególne ministerstwa. Nie zimę, opady
śniegu i inne przeciwności atmosferyczne. Ich i podległych im agend obowiązkiem
było zdać sobie sprawę, że nie żyjemy w tropiku i zadbać, żeby w mieszkaniach i
szpitalach nie było zimno, żeby nie wystąpiły karygodne zaniedbania w
energetyce, komunikacji i w dostawach artykułów pierwszej potrzeby.
Nie muszę dłużej mówić na ten temat
- w Warszawie jeszcze bardziej odczuwano to wszystko niż na prowincji. Ludzi
dziwi jednak fakt, i słyszy się to, że za ten stan rzeczy nie poczuł się
odpowiedzialny żaden z ministrów i nie zgłosił dymisji.
Nic nie wytłumaczy faktu, że nikt
nie zareagował mimo anonsów "Trybuny Ludu" z 12 i 19 grudnia 1978 r., że w
elektrociepłowniach warszawskich nie ma zapasów węgla, a zaległości w jego
dostawach duże w listopadzie, wzrastają nadal. Dlaczego przed ostatnim grudnia
sytuacji nie zmieniono radykalnie, czyje tu personalnie zaniedbania weszły w
grę. Zrzucanie wszystkiego na nagły atak zimy nie jest przekonywające. W innych
krajach ataki takie są chlebem powszednim. Czy nie można było wcześniej
dowiedzieć się, jak to w Związku Radzieckim lub w krajach skandynawskich ludzie
i władze nie lękają się zimy, nawet srogiej. Nie wyciągnięto należytych wniosków
również w końcu stycznia, kiedy po chwilowym ociepleniu znowu było zimniej.
"Kurier Lubelski" donosił w numerze z 30 stycznia br., pod krzyczącym tytułem:
"Nie ma soli nawet na drogi główne". Soli w Polsce nie brakowało już za
błogosławionej Kingi, a dziś jej nie ma - trudne to do zrozumienia. I jak tu
narzekać na cenzurę, skoro taką sensację przepuściła, a narzekać trochę muszę.
Przykład: W jednym z lubelskich zakładów kserograficznych pozwolono mi zrobić
tylko jedną odbitkę pisma prezydenta miasta do mnie, mimo że do posła, bo treść
katolicka - rzekła kierowniczka. Trzeba było ustąpić.
Wysoki Sejmie! Nie będę mnożył tych
przykładów "dobrej" w cudzysłowie - roboty, nadgorliwej roboty. Myślę o czym
innym. Jak my, posłowie, możemy żądać właściwej produkcji, kiedy wielu artykułów
podaż na rynku jest tak mała, że kupuje się wszystko, co w danej chwili jest w
sprzedaży. Poprawa jakości nie może być bowiem uzyskana w systemie nakazów i
sankcji karnych. Odwoływanie się do postaw obywatelskich w kwestii jakości pracy
może być skuteczne tylko w ograniczonej skali. Tak długo jak rynek będzie
rynkiem producenta, a nie konsumenta, trudno liczyć na rzeczywistą poprawę
jakości.
Problem jakości wyrobów i usług ma
ścisły związek z systemem ekonomicznym. Jest elementem sytuacji, którą tworzą
obowiązujące zasady gospodarowania czy inaczej - reguły gry gospodarczej. Obecny
system, chcemy czy nie chcemy, preferuje ilość. Mamy świadomość, że wszystkiego
jest za mało. Stąd pośpiech, stąd gotowość przyjmowania produktów gorszych, aby
je tylko można było otrzymać. Jest to łańcuch zależności od producenta
podstawowych surowców i materiałów aż do wytwórcy złożonych wyrobów finalnych o
wysokim stopniu przetwarzania. Na przykład dzisiaj rano w jednym z kiosków
ulicznych kupiłem rarytas - bezbarwną pastę do butów i pudełko z trudem
otworzyłem, bo źle wykonane pudełko, aby sprawdzić, czy chociaż kolor jest ten
sam. Był brązowy. Grzecznie przeprosiłem - ja ekspedientkę, nie ekspedientka
mnie. I wymieniono mi pudełko, ale wiedziałem, że mogła paść odpowiedź, że innej
pasty nie ma. Bywa i podaż duża niektórych produktów, np. luksusowych kalendarzy
ściennych, których pełno w sklepach, bo drogie. Nikt ich nie kupuje, ale są
produkowane, bo dają duży tzw. przerób planu. A papieru na książki, dziś także
na gazety, jest coraz mniej.
Wiemy wszyscy, lub prawie wszyscy,
jak bardzo są u nas poszukiwane wszelkie artykuły z odrzutu eksportowego. Jako
prezenty imieninowe, a nawet ślubne daje się te artykuły, z podkreśleniem, że są
z odrzutu. Ktoś w innym kraju europejskim, w Afryce lub w Azji nie przyjmie
danego artykułu, a my, a Polak traktuje go jako przedmiot marzeń. Do czego
doszło? Jak źle z wykonawstwem na potrzeby krajowe, gdy podaż jest mała i każdy
wszystko kupi, nawet buble, chociaż w tym wypadku trzeba nieco pomysłowości.
"Słowo Powszechne" w nr z 16
grudnia 1978 r. martwiło się, że w sklepie obuwniczym "Ciżemka" w Bydgoszczy
sprzedawane są kalosze - wszystkie koloru czerwonego, z tym, że lewe są rozmiaru
35, a prawe 40. Mój znajomy, dla którego kolor nie ma znaczenia, przywiózł sobie
owe kalosze z tym, że z przeceny dokupił dodatkowo buty, z których wykorzystuje
but prawy. Autentyczne. Ale nogi ma suche i śmieje się ze mnie, że ja się
przeziębiłem, a on nie.
Kult rzeczy na eksport przechodzi
już dopuszczalną chyba granicę. W telewizji 7 stycznia br. mogliśmy oglądać, jak
chwalono się wprost, że pieczarki uprawia jakiś zakład tylko na eksport, a na
potrzeby krajowe przeznaczony zostanie susz, naturalnie z odpadów. W związku z
periodycznym brakiem zapałek w województwie lubelskim, Częstochowskie Zakłady
Przemysłu Zapałczanego - czytamy w "Kurierze Lubelskim" z 30 stycznia -
odpowiedziały co następuje: "Nasze zakłady są nastawione na produkcję eksportową
zapałek, która w 1979 r. wzrośnie ponownie trzykrotnie w stosunku do roku 1978 -
i teraz argumentacja: dlatego nie przewidujemy w 1979 r. dostaw zapałek z
naszych zakładów na rynek lubelski". Odpowiedź przerażająca, obłęd prawie.
Produkcja zapałek wzrośnie, ale nie przewidujemy dostaw na rynek. Pomieszanie
materii całkowite.
Dziwić się trudno, że obywatel,
stojąc po mięso w kolejce, także jego niedostatek przypisuje nadmiernemu
eksportowi do różnych części naszego globu. Tym bardziej, że w punktach skupu
żywca też są kolejki, z tym, że sprzedających ten żywiec. Mało zaś kto wie o
tym, co stwierdza nasz kolega poseł Wacław Auleytner w swoim ostatnim
przemówieniu sejmowym z 21 grudnia 1978 r. Uzmysłowił on nam wówczas, że w
pogłowiu bydła dorównujemy, a w pogłowiu trzody chlewnej przekraczamy np. poziom
Republiki Federalnej Niemiec, zajmując 5 miejsce w świecie. Wytłumaczyć to jakoś
trzeba społeczeństwu.
Sprawa kolejna - inflacja. Pieniądz
traci coraz szybciej wartość - z tego zdajemy sobie sprawę. Powstaje drugi
pieniądz, waluta wymienialna - tak się ją określa. Coraz powszechniej jest ona w
użyciu. Za złotówki coraz częściej kupuje się jakościowo mniej wartościowe
artykuły. Niech wreszcie pojawi się nowy Grabski, Władysław Grabski - i nada
nową rangę naszemu złotemu tak jak kiedyś przed laty.
Wysoka Izbo! Ekonomika nasza wymaga
śmiałych i konsekwentnych rozwiązań bardziej niż ustaw i potoku rozporządzeń
administracyjnych. Społeczeństwo ciągle liczy i wierzy, że ekipa polityczna,
która w 1970 r. ujęła ster naszej nawy państwowej, potrafi dobrać taki trust
mózgów, który wypracuje najwłaściwsze rozwiązania w dziedzinie ekonomicznej
państwa w jego obecnym ustrojowym kształcie.
Autorytet pogrudniowego
kierownictwa politycznego, skupionego wokół Pana - Panie I Sekretarzu - jest
wbrew tym, co z prawa i z lewa może chcieliby czegoś odwrotnego - nadal duży,
wielki. Stałe wzmacnianie jednak więzi między rządzącymi i rządzonymi, mimo
istniejących różnic światopoglądowych, jest rzeczą ważną dla kraju i dla narodu.
W nie mniejszym bowiem stopniu co ustawy i trafne rozwiązania ekonomiczne na
życie kraju ma wpływ wrażliwa opinia publiczna. Pisał przed 75 laty Roman
Dmowski: "Opinia narodu, jeżeli nie ma być czysto formalną i fikcyjną, nie może
się unosić w powietrzu, nie może być myślą od ciała oderwaną, ale musi tkwić
korzeniami swymi w samym społeczeństwie, być duchowym wyrazem jego istotnych
funkcji i życia".
W Polsce - kraju o przewadze
ludności katolickiej - nie można poprzestawać tylko na
częściowym odczytywaniu opinii publicznej, jeżeli ma ona pozostać nie tą opinią
formalną. Ważne również jest to co czują szerokie rzesze wyrażające opinię
społeczeństwa katolickiego. Należy realizować możliwe do spełnienia w naszych
konkretnych warunkach jej autentyczne pragnienia.
Wysoki Sejmie! Cóż powiedzieć o
samym tekście przedłożonego nam projektu ustawy? Z pewnością intencje jego
autorów były i są jak najlepsze. Sformułowań sporo wzniosłych, bo sprawą ważną
jest problem jakości wytwarzanych rzeczy. Od tego zależy jakość życia
społeczeństwa, zamożność państwa i bogactwo narodu. Większości przepisów ustawy
nie da się jednak egzekwować. Są one rzeczywiście oparte na zasadach "wishful
thinking".
Jakości nigdzie, a w naszych
warunkach w szczególności - jak starałem się wyżej wykazać - nie zagwarantuje
się żadnym aktem normatywnym, nawet najlepszą ustawą; tym bardziej będzie rzeczą
krępującą, gdy mimo ustawy powstawać będą złe jakościowo wyroby, wznoszone będą
nie najlepiej wykonane i wyposażone budynki. Wpływać to będzie na dewaluację
ustawy, a po cóż dewaluować ustawę uchwaloną, taki akt prawny, jakim jest
ustawa. A poza tym prawnicy mówią już od starożytności: summum ius - summa
iniuria. I to też trzeba chyba wziąć pod uwagę.
Mechanizmy ekonomiczne powinny tu
zadziałać i wpływać na poprawę jakości wyrobów. A od ich szukania nie my
jesteśmy - posłowie. Możemy ich istnienie lub brak w Izbie konstatować - i to
czynimy. Jak sprawić, by wyroby stawały się coraz lepsze, to już troska
specjalistów, ekspertów, którymi dysponuje Rząd. Za dużo nawet powiedziane - to
kompetencja poszczególnych ministerstw, których posiadamy chyba niemało. Wiele
będzie też zależało od właściwego współdziałania administracji i instytucji
gospodarczych z szerokimi kręgami społeczeństwa. Te - należy wierzyć - docenią
apele zawarte w uchwalanej dzisiaj przez Sejm ustawie. (Nieliczne oklaski)
Poseł Świderski
(...) Jeśli natomiast chodzi o
wystąpienie posła Bendera, to nie wchodząc w szczegóły, chciałbym jedynie
powiedzieć, że współuczestnictwo we Froncie Jedności Narodu nakazywałoby do
spraw, które są przedmiotem debaty w tej Izbie, podchodzić z należytą powagą.
Dzisiejsze problemy, jakie rozważamy są gospodarczo i społecznie nader istotne i
wymagają rzeczowego podejścia.
(Poseł Ryszard Bender: Nie
podchodziłem inaczej).
Ja Wam nie przeszkadzałem.
(Poseł Ryszard Bender: Ja nie
przeszkadzam, ale mam prawo obrony przed wypaczaniem moich słów, audiatur et
altera pars).
...w którym jest miejsce również na
racjonalną krytykę. Nie mogą być one jednak odskocznią dla demagogicznych
popisów. Nie służy to dobru sprawy.
Echa w prasie zagranicznej:
< powrót do: przemówienia sejmowe