

VII kadencja Sejmu
V sesja Sejmu - 19 posiedzenie z 26 października 1978 r.
Dyskusja nad informacją Rządu o umocnieniu roli nauki w społeczno-gospodarczym
rozwoju kraju oraz programie realizacji postanowień XII Plenum KC PZPR.
Poseł Ryszard Bender:
Panie Marszałku! Panie i Panowie
Posłowie! Zanim przejdę do problemów wynikających z porządku dziennego naszych
obrad, proszę pozwolić, że nawiążę do rozpoczętego pontyfikatu Ojca św. Jana
Pawła II. Zabieram głos, jako pierwszy z przemawiających dziś posłów
uczestniczących w ostatnią niedzielę w uroczystości, która odbyła się na placu
św. Piotra w Watykanie. To, co przekraczało wyobraźnię pokoleń - stało się
rzeczywistością. Biskupem Rzymu, następcą św. Piotra, Papieżem, został po raz
pierwszy Polak, metropolita prastarego Krakowa - Karol kardynał Wojtyła.
Wierzymy wszyscy, iż pontyfikat ten przyniesie wiele dobrego kościołowi i
światu.
Wysoki Sejmie! Dzisiejsze
wystąpienie pana Premiera i wypowiedzi w dyskusji uzmysławiają nam wagę dalszego
umacniania roli nauki w społeczno-gospodarczym rozwoju kraju. Realizacja tego
postulatu wymaga pogłębionej refleksji i wzbogacenia o dalsze elementy, będące
wynikiem przemyśleń nas wszystkich, zwłaszcza posłów.
Wysoka Izbo! Osiągnięcia w
dziedzinie rozwoju nauki i szkolnictwa wyższego są widoczne. Wydatki na
szkolnictwo wyższe wzrosły w 1977 roku w porównaniu do roku 1970 prawie
trzykrotnie - o 10,6 mld zł, to jest o 186,3%, jak dowiadujemy się z zestawienia
Ministerstwa Finansów. To jest dużo, nawet gdy weźmiemy pod uwagę pewien spadek
siły nabywczej pieniądza we wspomnianym czasie.
Wzrosła liczba szkół wyższych. Dziś
w wielu wręcz małych miastach, niegdyś powiatowych, rozbrzmiewa pieśń
społeczności akademickiej "Gaudeamus igitur". I ta tendencja wzrasta.
Wyprorokować nietrudno, że za lat kilka, może kilkanaście, w każdym dzisiejszym
mieście wojewódzkim będzie przynajmniej jedna uczelnia wyższa, a może i więcej.
Sytuacja ta z jednej strony cieszy, z drugiej - wzbudza niepokój. Przysłowie
mówi, że gdy rzeka szeroko wyleje - płytka jest. Lękam się, że przysłowie to
może niebawem pasować, jak ulał, do sytuacji w naszym szkolnictwie wyższym. Przy
dużej liczbie uczelni zaledwie w co drugiej lub w co trzeciej znajdzie się ktoś
wybitny, kto w danej dyscyplinie wiele znaczy. I tylko tam, przy takim uczonym
rozwinie się środowisko i zapanuje właściwy klimat naukowy. Stąd też, mimo
równoważności dyplomów, absolwenci tych większych, bardziej centralnych,
prężniejszych uczelni będą lepiej przygotowani niż absolwenci uczelni słabszych,
peryferyjnych.
Tam, na prowincję, tych wybitnych
uczonych nie skierujemy. Resorty, Polska Akademia Nauk będą zabiegać o ich
zatrzymanie w ośrodkach większych. Nie krzywdźmy więc absolwentów tych mnożonych
szkół noszących nazwę wyższych, mają oni prawo do tej samej wysokiej wiedzy. Nie
róbmy też zamieszania w kulturze, gospodarce narodowej, wypuszczając de facto
słabszych, chociaż de jure takich samych absolwentów.
Zastanówmy się również, czy warto
dokonywać werbalnych nobilitacji uczelni, czy nazwanie którejś szkoły wyższej
uniwersytetem lub politechniką nada jej rangę Uniwersytetu Jagiellońskiego czy
Politechniki Warszawskiej - wątpię.
Tam też głównie, w tych prężnych
ośrodkach naukowych mogą się rozwijać spokojnie i kwitnąć badania podstawowe. Te
stają się niestety już niekiedy marginesem. Bez nich jednak może rozwijać się
tylko twórczość naśladowcza, kompilacyjna, krótkowzrocznym utylitaryzmem dusząca
bardziej twórczą myśl. Bardzo dobrze więc, iż pan Premier podniósł dziś wagę
badań podstawowych i tak je wyeksponował.
Zbyt pośpiesznie pchamy się w
zaułek wąskiej specjalizacji. Już jest ona u nas zjawiskiem niepokojącym. W
numerze 39 "Polityki" z 30 września br. czytamy, iż: "w naszych warunkach
inżynier często robi to, co powinno należeć do wyspecjalizowanego organizatora
produkcji, ekonomisty, informatyka, prawnika-administratora". Dzieje się tak
również dlatego, że - cytuję tegoż publicystę: "Obecna struktura naszego
szkolnictwa wyższego preferuje inżynierów kosztem humanistów".
A przecież w kraju tak
stechnicyzowanym, jakim jest Japonia, a w Europie - RFN, Wielka Brytania,
Belgia, kształci się o wiele więcej studentów w zakresie humanistyki i prawa niż
u nas. My zaś słyszymy często słyszymy o potrzebie zmniejszenia naboru na studia
humanistyczne. Czy nie płyniemy pod prąd? Warto, by resort tę sprawę raz jeszcze
przemyślał. Tym bardziej, że w dzisiejszym wystąpieniu pana Prezesa Rady
Ministrów rolę humanistyki mocno podkreślono.
W wystąpieniu pana Premiera
znalazło się jeszcze jedno sformułowanie mówiące o pogłębieniu ideologicznej i
światopoglądowej - chyba dobrze zapamiętałem - funkcji nauczania. Chciałbym
uprzejmie zapytać pana Premiera, co to sformułowanie może oznaczać.
W cytowanym zestawieniu
Ministerstwa Finansów wspomniane zostało, że duży wzrost wydatków na szkolnictwo
wyższe wiąże się z przyrostem zatrudnienia z 77 tys. do 130 tys. osób, tj. o 53
tys., czyli o 68,8%. Oczywiście, to wzrost liczby uczelni wyższych, wydziałów,
specjalizacji wchłonął tę ogromną rzeszę ludzi, ale w tłumie nauka rzadko
postępuje naprzód.
Cóż z tego, że większość tych osób
zdobyła stopnie doktorskie, habilitacje, dalsze nominacje. W tak szybkim tempie
wytworzona kadra pracowników naukowych powstała nie tyle z zamiłowań naukowych,
a te są przecież konieczne, co z potrzeby obsadzenia stanowisk w licznie
potworzonych szkołach wyższych i nowych wąskich specjalizacjach. W efekcie
zaistniała sytuacja, która skłoniła władze państwowe do zastanowienia się nad
potrzebą stopniowego wprowadzania zasady okresowego zatrudniania pracowników,
zajmujących stanowiska od asystenta do profesora. Dobrze, że nie podjęto już
pośpiesznie decyzji w tej sprawie, że będzie ona przedmiotem szczegółowszych
rozważań. Nie wolno bowiem, jak to mówimy, "wylewać dziecka z kąpielą".
To, że zdewaluowały się stopnie
docentów, a czasami tytuły profesorów nie może rzutować na los uczonych z
prawdziwego zdarzenia. Nie mogą oni być narażeni na niepewność, na stronniczość
niekiedy gremiów oceniających, w których nie zawsze zasiądą równi im
specjaliści.
Opowiadałbym się za czym innym, za
zaostrzeniem kryteriów ocen prac naukowych i nominacji, a przeciw uruchamianiu
huśtawki okresowych angażowań, zwłaszcza profesorskich. Cenne, że sprawę
podnoszenia poziomu prac naukowych, wzmożenia wymogów podniósł dziś w swej
wypowiedzi wicemarszałek Sejmu prof. Andrzej Werblan.
A jeśli już do tych okresowych "huśtań"
dojdzie, to tym bardziej rzeczą pilną stanie się przywrócenie pełnej lub znaczne
rozszerzenie dotychczasowej szczątkowej, bo tak w rzeczywistości rzecz się ma,
autonomii uniwersyteckiej i akademickiej. Niechże o tym, kto i jak długo ma być
profesorem, decydują sami uczeni, a nie tzw. naukowa administracja uczelni. Ta
już teraz nie zawsze, ale nierzadko wyłania się w drodze negatywnej selekcji.
Rektorów udaje się jeszcze resortowi powołać jak najlepszych, ale schodząc w dół
drabiny hierarchii uczelnianej nie jest to już rzeczą prostą. Stąd też
administrację uczelnianą przejmują coraz częściej ludzie, dla których
urzędowanie, a nie twórczość naukowa, ta faktyczna, a nie pozorna - staje się
celem . Nie trzeba zgadywać, że tacy udzie nie kiwną palcem, by skupić w uczelni
autentycznych uczonych. Naturalnie sprawozdawczo, na papierze, wszystko będzie w
porządku i pięknie. O ile autonomią, o której wspomniałem, nie można jeszcze
objąć wszystkich szkół wyższych, to przynajmniej zapewnijmy ją najświetniejszym
naszym uczelniom. Niech one posiadają również autonomię, chociażby częściową, w
programowaniu badań naukowych, zgranych naturalnie z planami ogólnopaństwowymi.
Na tym nauka polska nie straci. Zyska.
Proszę Izby! Ze sprawami
szkolnictwa wyższego wiąże się w sposób organiczny sytuacja w szkolnictwie
średnim. Musimy jak najszybciej wiedzieć, czy czeka nas dziesięciolatka, czy w
praktyce bez wątpienia lepiej - dwunastolatka. Oba ministerstwa powinny to
rychło zdecydować. Zbyt długo sprawa ta jest otwarta.
Skoro mówimy o szkolnictwie
średnim, nie powinniśmy zapominać o jego poziomie. Z nim nie jest najlepiej.
Nauczyciele, a raczej nauczycielki, bo zawód to sfeminizowany, są przeciążone
obowiązkami również pozadydaktycznymi. W szkole zamiast ratować pracować z
małymi grupami - pracują z dużymi, bo coraz mniej klas dzielonych jest na grupy.
Zamienia się więc nauczyciel w retora, perorującego do prawie pół setki uczniów.
Nauczyciel skrępowany jest poza tym nadmiernie programem i podręcznikiem, a tym
samym za mało przekazuje uczniom ze swej erudycji i osobowości. A przecież
Janusz Kleiner powtarzał z uporem, że zły program, zły podręcznik, a dobry
nauczyciel - to lepsza kombinacja aniżeli dobry program, dobry podręcznik, a zły
nauczyciel. Do tego wszystkiego dochodzi fetysz, tzw. sprawności szkół. Szkoły i
nauczyciele nadal w praktyce oceniani są według najmniejszej ilości wystawianych
ocen niedostatecznych i dostatecznych. Efektem - rozczarowania przy egzaminach
wstępnych na uczelnie wyższe i w toku samych studiów.
Wysoki Sejmie! Przejdę do sprawy,
która pośrednio, ale wiąże się z programem badawczo-naukowym naszego kraju,
która była poruszona dzisiaj, do zagadnienia zagospodarowania i wykorzystania
Wisły. Tak wielkiej rzeki zachowanej w stanie naturalnym, bez nadmiernej
ingerencji człowieka, nie ma już w zachodniej i środkowej Europie. Rzeka ta, to
nasz wielki kapitał, który w przyszłości będzie owocował, jeśli go nie
roztrwonimy. Zagospodarowując Wisłę musimy do niej podejść z największym
pietyzmem, tak jak do odbudowywanych ze zniszczeń wojennych najstarszych
dzielnic Warszawy i Gdańska. Ma rację po stokroć autor, który pisze w tygodniku
"Kultura", że "Chcemy mieć rzekę spławną, czystą, bezpieczną. Ale musimy mieć
także rzekę tożsamą, tę która ukształtowała nasze pojęcia krajobrazu,
polskości..." Musimy zachować Wisłę jak zachowaliśmy domy starówki warszawskiej
i gdańskiej, modernizując jedynie ich wewnętrzną funkcjonalność. Wisła nie może
stać się wyłącznie kanałem żeglownym na wzór wielu rzek zachodnich. Parafrazując
słowa poety, może ona być inną, lecz musi być tą samą. Wisła to zbyt cenny
klejnot, by decyzję o jej losach powierzać wyłącznie hydrologom czy znawcom
spraw komunikacji.
Wysoka Izbo! Mówiłem dotąd o
sprawach wielkich, ogólnokrajowych, proszę pozwolić, że przejdę teraz do
problemów jednej uczelni, mojej uczelni - Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Debatujemy przecież o sprawach polskiej nauki, a tej KUL służy od lat
sześćdziesięciu, od chwili odbudowy po stu dwudziestu trzech latach niewoli
państwa polskiego. Wzbogaca też on swoimi badaniami i absolwentami Polskę
Ludową. Palców u obu rąk byłoby trochę za mało, żeby wyliczyć wszystkich posłów,
tu w tej Izbie zasiadających, którzy jako studenci lub wykładowcy przewinęli się
przez mury KUL. A cóż powiedzieć o całych zastępach innych absolwentów,
pracujących z pożytkiem i uznaniem w różnych instytucjach krajowych.
Istnienie KUL zdumiewa - bez
przesady - cały świat , gdyż jest dobrym dowodem, iż w Polsce Ludowej może
istnieć i działać prywatna uczelnia katolicka. Fakt istnienia i rozwoju KUL
przekonuje nawet zawodowych malkontentów, że nas, Polaków, w sprawach ważnych
stać na przekraczanie barier ideologicznych i współpracę również na polu
naukowym.
Dlatego niezrozumiałe jest zupełnie
kunktatorstwo czynników administracyjnych w realizacji słusznych, uznanych przez
Rząd postulatów tej uczelni. W październiku roku ubiegłego, w czasie inauguracji
ostatniego roku akademickiego, rektor KUL odczytał decyzję władz państwowych o
przywróceniu uczelni prawa nadawania stopni doktorskich i przeprowadzania
habilitacji. Radość była, ale to była radość krótka. Rozpoczęte w radach
wydziałów przewody trzeba było przerwać. Okazało się, że mimo upływu roku różne
oddolne ogniwa administracyjne nie były w stanie przygotować i opublikować w
Monitorze Polskim odpowiednich przepisów wykonawczych. I podobno na najbliższą
jubileuszową inaugurację te przepisy nie będą promulgowane. Apeluję więc i
proszę odpowiednie władze administracyjne i władze polityczne o załatwienie tej
palącej kwestii.
Sprawa następna. Uczelnia moja jest
mała, ale nie mogą być jej przyznawane limity przyjęć na pierwszy rok studiów
śmiesznie małe. Dla przykładu Wydział Nauk Humanistycznych KUL, o pięciu
kierunkach studiów, od szeregu już lat może przyjąć tylko 81 świeckich
studentów, dawniej przyjmował więcej, zabiega o podwyższenie limitu do zaledwie
125. Na Wydziale Prawa Kanonicznego uczelnia pragnęła zwiększyć limit
przyjmowanych studentów z 10 do 15. Nie jest to dużo. Podobnie zabiega
Uniwersytet o niewielkie zwiększenie naboru świeckich studentów na Wydział
Filozofii Chrześcijańskiej i Wydział Teologii. Katolicki Uniwersytet Lubelski
nie obciąża budżetu państwa. Absolwenci zaś nasi nie są wybredni i przyjmują
każdą wskazaną im pracę. Ostatnio doszła do mnie wiadomość, że absolwentka
filologii klasycznej, której odmawiano zatrudnienia w szkołach średnich kilku
województw, mimo wolnych etatów..., bo z KUL, znalazła pracę w przedszkolu w
Łodzi. Uznanie i chwała temu urzędnikowi, który podjął pozytywną decyzję i
zatrudnił ją. A mówi się przecież, że coraz mniej u nas ludzi odważnych,
zdolnych do podejmowania samodzielnych decyzji. Istnieje, niestety, nadal tak
gazetowo zwany rozziew między pozytywnymi postanowieniami władz państwowych a
ich wdrażaniem w terenie. Jest rzeczą wiadomą, że w szeregu województwach
dyrektor szkoły tylko w prawie absolwenta KUL przed przyjęciem do pracy musi
konsultować z kuratorium. Jednej z moich absolwentek nie dano pracy w jej
rodzinnej gminnej szkole podstawowej, mimo wolnego etatu historyka. Zatrudniono
natomiast do nauczania historii biologa, byle nie historyka z KUL.
Wysoka Izbo! Sytuacja ta w tak
zwanym terenie winna ulec jak najszybciej zmianie. Działa ona społecznie
dezintegrująco, miast łączyć wszystkich Polaków, zgodnie z programem Frontu
Jedności Narodu. Zwłaszcza dziś, gdy oczy całego świata zwracają się na nasz
kraj i z racji 60-lecia odzyskania niepodległości i polskiego pontyfikatu Jego
Świętobliwości Jana Pawła II potrzebna nam jest zwarta jedność i wzajemna
wspaniałomyślność.
Wysoki Sejmie! Żywiąc przekonanie,
że podniesione przeze mnie postulaty zostaną przez Rząd docenione we wspólnym
interesie umacniania nauki w Polsce, Koło Poselskie „Znak" przyjmuje z uznaniem
rządowy program przedstawiony dziś Izbie przez pana Prezesa Rady Ministrów.
(Oklaski)
Wicemarszałek Andrzej Werblan: Udzielam głosu
posłowi Ludwikowi Drożdzowi.
Poseł Ludwik Drożdż:
Obywatelu Marszałku! Wysoki Sejmie! Przysłuchując
się bardzo uważnie dyskusji, muszę stwierdzić, że pojawia się w niej jakieś
niebezpieczne zjawisko - krytykanctwa na wyrost. Jeszcze inżynierowie, dla
których niektórzy ludzie żywią taką pogardę - nie opracowali planów regulowania
Wisły, a już rozlegają się głosy: co to będzie, jak my tę Wisłę uporządkujemy.
Myślę, że powinniśmy zaczekać spokojnie aż nam przedstawią fachowcy pewne
propozycje i wtedy ustosunkujemy się do nich. Na razie takich generalnych
założeń jeszcze nikt nie przedstawił.
Myślę, że nie powinniśmy zapominać o tym, że nie
można jednocześnie przekształcić Wisły w drogę wodną i jej nie zmieniać w ogóle
- to jest mrzonka. Wiadomo przecież, że chociażby najprostsze obwałowania, które
są konieczne, zmienią zasadniczo wygląd Wisły.
Ja bym posła, który mówił, żeby nie ruszać tej Wisły - choć chcemy ją
zagospodarować - wysłał do ludzi, którym ta Wisła prawie każdego roku zabiera
dobytek, niszczy ten dobytek. W ubiegłym roku mieliśmy 3 powodzie.
(Poseł Ryszard Bender: Nie mówiłem - nie ruszać;
powiedziałem roztropnie ruszać.)
A kto mówi - że nieroztropnie... Ludzie ci mówią,
żeby rzeka była dla nich dobrodziejstwem, a nie zmorą. Jeśli chcemy mieć Wisłę
żeglowną, to jest oczywiste, że trzeba budować tamy, zbiorniki wodne,
oczyszczalnie wody, a to musi zmienić z gruntu wygląd nabrzeża, samej rzeki - i
myślę, że nie powinniśmy płakać nad tym. Uregulowanie Wisły jest nam potrzebne i
z tego względu, że niesie ona obecnie niewiele wody komunalnej, wody, która
potrzebna jest ludziom do spożywania. Jeżeli jej szybko nie zagospodarujemy,
możemy mieć jeszcze większy niedobór wody pitnej. Trzeba więc wznosić takie
obiekty, które sprawią, że rzeka będzie żeglowna a jednocześnie będzie nieść
wodę tak bardzo potrzebną do życia. Rzeka zagospodarowana może być piękniejsza
niż płynąca swawolnie i tam gdzie tylko chce wyrządzająca szkody. (...)
< powrót do: przemówienia sejmowe